Przeklęta ziemia - „Grass Kings”, Matt Kindt, Tyler Jenkins

„Grass Kings”, pięknie i solidnie wydana seria od Non Stop Comics, kusi i mami nastrojowymi ilustracjami na okładce. Jednak sielanka jest tylko pozorna, bo czytelnik podświadomie czuje niepokój i zło czające się we wnętrzu opowieści Matta Knidta.

 
Lubię historie o małych społecznościach, w których wszyscy wszystkich znają i żyją w przyjacielskich relacjach, a wystarczy tylko się odwrócić, żeby poczuć ostrze noża wbijane między łopatki. Właśnie takim dziwnym miejscem jest Królestwo Traw, azyl dla wykolejeńców, uciekinierów i wszystkich, którzy nie potrafią lub nie chcą odnaleźć się w normalnym społeczeństwie.

Miasteczko rządzi się własnymi prawami, a jego mieszkańcy bezwzględnie pilnują własnych spraw. Zamkniętą społecznością rządzą trzej bracia, ale władza powoli wymyka im się z rąk, od kiedy Robert żyje w letargu i rozpamiętuje osobistą tragedię z przeszłości. Wszystko zmienia się, kiedy do Królestwa trafia Maria i prosi o azyl. Problem w tym, że kobieta jest żoną lokalnego szeryfa, któremu bracia już kilka razy nadepnęli na odcisk.

Z kolei w tomie drugim Kindt rozwija wątek kryminalny. Do Królestwa wrócił chwilowy spokój, ale to tylko pozory, bo bracia zaczynają szperać w przeszłości i chcą rozwiązać tajemnicę seryjnych morderstw sprzed lat. Wygląda na to, że mieszkańcy miasteczka mają niejedno na sumieniu, a poszukiwany przez Roberta i Bruce’a morderca żyje sobie spokojnie pośród nich. 
 
Akcja komiksu rozwija się niespiesznie. Czasem przyspiesza, by po chwili znów wrócić do właściwego, leniwego rytmu. I tak w jedynce scenarzysta oprowadza czytelnika po mieścinie, przedstawia bohaterów, pozwala rozeznać się w łączących ich relacjach oraz zapewnia chwilowy skok adrenaliny. Za to dwójka, choć oparta na motywie kryminalnym, jest raczej mocną i wyrazistą obyczajówką, w której powoli na światło dzienne wychodzą sekrety mieszkańców Królestwa. Kindt prowadzi narrację w ciekawy sposób, przeskakując między postaciami, dzięki temu końcowe kadry jednej sceny są równocześnie początkiem kolejnej sceny pokazanej z perspektywy innego bohatera. Atmosfera gęstnieje, coraz więcej pytań pozostaje bez odpowiedzi, a na ich rozwiązanie trzeba poczekać do ostatniego tomu.

Ilustracje Tylera Jenkinsa to prawdziwy majstersztyk. Kontrast między brutalnym scenariuszem, a delikatną i miękką kreską jest oszałamiający. Akwarelowe kolory, kładzione niedbale, sprawiają wrażenie, jakby artyście przypadkiem coś się rozlało. Całość prezentuje się obłędnie, a swoimi ilustracjami rysownik tylko podkręca postapokaliptyczny klimat i potęguje wrażenie zagrożenia. W pierwszym tomie na szczególna uwagę zasługują plansze, które przedstawiają historię skrawka ziemi, o który od zawsze walczyli ludzie. Jakby ten teren był przeklęty, bo w ziemię wsiąkło byt dużo krwi, łez, rozpaczy i nienawiści. W takim miejscu możliwe jest tylko zło, dlatego opowieść Knidta podszyta jest strachem, a postaci z ilustracji Jenkinsa zdają się szeptać w ucho czytelnika, potęgując wszechobecne poczucie lęku i podpowiadając mu najczarniejsze scenariusze. 
 

W książce „Błoto słodsze niż miód” Małgorzata Rejmer napisała:
„Wszystko się już kiedyś zdarzyło. Wszystko zostało już zapisane. Każdą historię, jaka nam się przydarza, można znaleźć w greckich mitach, u Szekspira, u Dostojewskiego; literatura różni się od życia tylko kilkoma szczegółami.”
I faktycznie, wszystko już gdzieś było, u Kindta również na próżno szukać przejawów oryginalności. Ale w „Grass Kings” wtórność pomysłów zupełnie nie przeszkadza. Seria intryguje przedstawieniem dziwacznych relacji międzyludzkich oraz tajemniczym wątkiem kryminalnym, a przede wszystkim czaruje subtelnymi ilustracjami Tylera Jenkinsa. Jestem bardzo ciekawa jak potoczy się historia braci w kolejnym, zamykającym serię tomie.

♥ ♥ ♥
Matt Kindt, il. Tyler Jenkins, Grass Kings t. 1-2, tłum. Grzegorz Drojewski, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018-2019. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz