Z dala od chłopów, bo będą kłopoty! - „Z dala od zgiełku”, Thomas Hardy

Tytuł powieści „Z dala od zgiełku” chwycił mnie za serce i nie chce puścić. Tyle ulotnej poezji mieści się w zestawieniu tych czterech słów, że przy każdym zerknięciu zapiera mi dech z wrażenia. Ogromnie żałuję, że treść dzieła Thomasa Hardy'ego nie podziała na mnie w ten sposób. Historię Betsaby Everdene przeczytałam szybko, ale moja frustracja rosła z każdą kolejną stroną.


Akcja powieści rozgrywa się w dziewiętnastowiecznej Anglii. Betsaba Everdene, młoda, piękna i przedsiębiorcza dziewczyna, dziedziczy po wuju farmę. Bohaterka postanawia zarządzać majątkiem osobiście, nie czekając na męża, który położy łapę na gospodarze. Co prawda mężczyźni pracujący na farmie urządzają sobie podśmiechujki z Betsaby, ale w gruncie rzeczy podziwiają niezależną dziewuchę, która trzyma chłopów za mordy i świetnie sobie ze wszystkim radzi. I tak Betsaba mogłaby być bohaterką idealną, która robi co chce i gra sfrustrowanym facetom na nosie, gdyby nie zgubiła jej śliczna buźka połączona z dziecięcą naiwnością.

Wokół Betsaby szybko zaczynają kręcić się mężczyźni. Nie dziwota, w końcu dziewczyna jest śliczna jak z obrazka, a w dodatku majętna. Pierwsze oświadczyny padają w powieści zaskakująco szybko. Ale nasza bohaterka odrzuca propozycję Gabriela Oak'a, prostego farmera, tłumacząc się tym, że go nie kocha. No byłabym w ciężkim szoku gdyby było inaczej, bo wcześniej widziała go zaledwie kilka razy i to w sytuacjach nie sprzyjających amorom.

Na kolejne oświadczyny wcale nie trzeba długo czekać, bo przed naszą piękną Betsabą na kolana pada miejscowy bogacz, zatwardziały kawaler, któremu inni wmawiają, że panna Everdene jest śliczna i na wydaniu, a ich ziemie sąsiadują ze sobą, więc układ idealny. Do tego to urocze dziewczę wywija głupi, niewinny, szczeniacki numer, którym mąci Williamowi Boldwoodowi w głowie. Snuje się za nią nieszczęśnik, skomli i błaga chociaż o jedno spojrzenie. Miałby honor stary naiwniak.
„Mężczyzna nigdy nie bywa bardziej łatwowierny niż wtedy, gdy słyszy pochlebną opinię o urodzie kobiety, w której jest na pół albo całkowicie zakochany.” (s. 136) To o Boldwoodzie...
Gdyby Boldwood miał odpowiedni bajer i potrafił słodzić Betsabie to pewnie natychmiast osiągnąłby swój cel. Bo panna Everdene łasa jest na komplementy. Nie wystarczy jej świadomość, że jest piękna, bo chciałaby słyszeć to od swojego mężczyzny. I kiedy starego Boldwooda aż skręca z miłości, której wcale nie chciał, to przed szereg wyskakuje Franciszek Troy, żołnierz (za mundurem panny sznurem), lawirant, hulaka i pies na baby. Franek to ma doświadczenie, wie co i kiedy powiedzieć, a przy tym bezczelnie sięga po swoje. Nawet szanowny autor stwierdza, ze największym błędem Boldwooda było to, że nie powiedział swojej ukochanej, że jest piękna. Troy za to mówi, wabi, bałamuci i obiecuje nawet to czego nie ma. Ale kto go sprawdzi? Na pewno nie naiwna i zakochana po raz pierwszy Betsaba.

I oto pada najważniejsze pytanie – kogo wybierze Betsaba? Dobrego i poczciwego, ale jednak gołodupca Gabriela Oaka, który nie może jej zaproponować niczego poza swoją ciężką pracą? Starego i bogatego Williama Boldwooda, z którym mogłaby wieść dostanie i spokojne życie? Czy może mocnego w gębie Franciszka Troy'a, który czaruje i bałamuci, ale przed takimi jak on matki ostrzegają swoje córki? Jak potoczą się jej dalsze losy i czy odnajdzie szczęście w męskich ramionach?

Thomas Hardy nie oszczędza swojej bohaterki. Tragedie i melodramaty snują się za panną Everdene przez prawie 480 stron powieści, a wielka radość miesza się z bezbrzeżnym smutkiem. Słowem cały czas coś się dzieje, a czytelnik nie ma czasu się nudzić. I wszystko byłoby fajnie, gdyby pisarz nie zmarnował postaci Betsaby w tak spektakularny sposób. Bo cóż z tego, że tworzy silną, niezależną, sprytną i inteligentną kobietę, skoro tak szybko bohaterka zmienia się w rumieniącą się i naiwną idiotkę, która daje sobie wciskać mega ściemę. Wraz z rozwojem fabuły z dziewczyny wychodzi wszystko co najgorsze, a już najgorsza jest świadomość, że w ostatecznym rozrachunku Betsaba bez chłopa palcem nie kiwnie. No i po co jej to wszystko było?

Tłumaczenie Róży Czekańskiej-Heymanowej trąci już myszką, kłuje archaizmami, ale ma swój niepowtarzalny urok i nawet unoszący się zapach stęchlizny pachnie mi perfumą. Tyle, że spolszczone imiona doprowadzały mnie do szału. Te wszystkie Franciszki, Andrzeje, Jany i Marki nakręcały moją spiralę nienawiści. Aż dziw, że autor nie został nazwany Tomaszem Wytrzymałym. Same imiona są w porządku, ale w zestawieniu z angielskimi nazwiskami wygląda to tragicznie. Wiem, wiem taki był kiedyś trend w tłumaczeniach, Justyna w „Ptakach ciernistych krzewów” i Joanna w „Łuku triumfalnym” też mnie wkurzały, nic na to nie poradzę, więc powinnam dać sobie na wstrzymanie. Ale ponarzekać można, co niniejszym uczyniłam.

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że powieść Hardy'ego mi się nie podobała. Lektura sprawiła mi przyjemność, ale dobiła mnie naiwność bohaterów (te chłopy są niewiele lepsze od Betsaby). Co się nadenerwowałam to moje, ale pewne jest, że o „Z dala od zgiełku” długo nie zapomnę. Klasykę zawsze warto czytać, dlatego czuję się ubogacona literacko i wewnętrznie. I mimo wszystko polecam, na przekór gorzkim słowom kierowym w kierunku Batseby. 
 
♥♥♥
Thomas Hardy, Z dala od zgiełku (tyt. oryg. Far from the Madding Crowd), tłum. Róża Czekańska-Heymanowa, wyd. Nasza Księgrania, Warszawa 2015.

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram