Girl Power, czyli „Paper Girls” kontratakują

„Paper Girls” pozwalają przetrwać trudny czas między kolejnymi sezonami „Stranger Things”. Seria od początku wzbudza zachwyt, a we wszytych ochach i achach na jej temat nie ma ani krzty przesady. I tak czwarty zeszyt jest jak zwykle świetny, a pięty jeszcze lepszy. Przy okazji przedostania część gazeciarek daje przedsmak wielkiego finału, który zapowiada się znakomicie.


W czwartej części dziewczyny trafiają do 2000 r., ale po drodze znów zostają rozdzielone. Tiff zostaje sama i szybko wpada w kłopoty, ale jej przyjaciółki już jej szukają, żeby zdążyć z pomocą. Świat zaczyna wariować ze strachu przed pluskwą milenijną, a splotem rożnych okoliczności bohaterki trafiają do domu swojej psychofanki. W tym samym czasie Tiff udaje się do miejsca, które zna najlepiej i na miejscu poznaje swojego przyszłego męża.

Z kolei piąty tom przenosi nasze bohaterki do dalekiej przyszłości. Szukając odpowiedzi na nurtujące je pytania dziewczyny wybierają się do biblioteki, gdzie znajdują coś na kształt drzewa poznania dobra i zła. A przynajmniej takie skojarzenie nasuwa się samo. Drzewo zna odpowiedzi na wszystkie pytania, dlatego Mac korzysta z okazji i dowiaduje się, że jej choroba jest uleczalna. I znów dziewczyny dzielą się na dwa obozy. Tiff i Erin nadal szukają drogi do domu, a KJ i Mac ruszają do szpitala, żeby znaleźć lekarstwo na raka. 
 
Po pełnej chaosu czwórce, w której dużo się działo, a z której niewiele wynikło, znów wracamy na właściwe tory. I tak jak w poprzednim tomie Vaughan postawił na sceny akcji, tak w najnowszej części to relacje między dziewczynami wydają się ważniejsze. Dlatego piątka podoba mi się zdecydowanie bardziej niż czwórka. Ale tak naprawdę to tylko niewielkie wahanie, bo cała seria jest fantastyczna. Najdziwniejsze jest to, że przez większość czasu nie wiadomo o co scenarzyście chodzi, a jednak każdy kolejny zeszyt smakuje wybornie.

W przedostatnim tomie serii poszczególne elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce i w końcu coś zaczyna się wyjaśniać. Główny zwrot akcji to jedno wielkie bum, bo okazuje się, że Vaughan doskonale sobie wszystko przemyślał i nawet błahe wydarzenia w poszczególnych zeszytach mają swoje konsekwencje w przyszłości. Niby nie powinno mnie to dziwić, a jednak przyznaję, wątpiłam, że w ostateczności całość będzie miała jakikolwiek sens. Brian, wybacz! Teraz pozostaje jedynie cierpliwie czekać na ostatni zeszyt, w którym spodziewam się prawdziwego trzęsienia ziemi.

Ale zanim to nastąpi zachwyćmy się jeszcze przez moment doskonale rozpisanymi postaciami. Dziewczyny zostały świetnie wykreowane, a ich charaktery fajnie się uzupełniają. Jedynie trudno uwierzyć mi w ich wiek. Bohaterki wyglądają i zachowują się przynajmniej jak szesnastolatki, a nie dwunastoletnie małolaty. Dziewczynki w tym wieku są jeszcze smarkate i stoją w rozkroku między budzącą się kobiecością, a dziecinną zabawą z rówieśnikami. No chyba, że świat zmienił się aż tak bardzo od momentu, kiedy sama byłam w tym wieku. 
 
Równie dobre, jak scenariuszowe smaczki, wciąż pozostają ilustracje Cliffa Chianga. Prosta, wyraźna kreska i genialnie dobre kolory sprawiają, że szata graficzna „Paper Girls” po prostu musi się podobać. Zarówno postaci, jak i świat przedstawiony prezentują się fantastycznie, szczególnie komediowe wstawki wypadają fajnie, a niektóre kadry pasowałyby wprost idealnie na plakat do powieszenia nad łóżkiem (#brałabym).

Krótko mówiąc wszechobecne zachwyty w kierunku „Paper Girls” może i są podejrzane, ale gwarantuję, wszystkie płyną z głębi serca. To fenomenalnie napisana i cudnie zilustrowana seria, która zachwyci wszystkich komiksomaniaków i popkulturowych wariatów. Czytajcie, naprawdę warto!

♥ ♥ ♥
Brian K. Vaughan, Paper Girls #4, il. Cliff Chiang, tłum. Bartosz Sztybor, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018.
Brian K. Vaughan, Paper Girls #5, il. Cliff Chiang, tłum. Bartosz Sztybor, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2019. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz