Wiele rzeczy jest możliwych, chociaż nie do pomyślenia, czyli „Drach Szczepana Twardocha

Czasami wyobrażam sobie co by było, gdybym musiała pozbyć się wszystkich moich książek. Z większością pewnie potrafiłabym się rozstać bez większego żalu, ale za nic nie oddałabym trzech tytułów. Jednym z nich jest „Drach” Szczepana Twardocha.


W powieści nie ma zbyt wielu sekretów. Autor najpierw zdradza tajemnicę, rozrzuca okruszki opowieści, a później łączy je w całość ciasno splecionymi nićmi. Od początku wiadomo, że Josef jest pradziadkiem Nikodema, i że pomimo kilku pokoleń różnicy ich historia jest w pewnym stopniu podobna. Obaj mają swoje rodziny, kochające żony i dzieci, a jednak decydują się na skok w bok. Obie zdrady będą miały zupełnie inne zakończenie, ale właśnie ten motyw łączy losy dwóch rodów. A pomiędzy młodym Magnorem i młodym Gemanderem toczy się prawdziwe życie. Ze wszystkimi radościami (tych jest niewiele) i smutkami (tych jest zdecydowanie więcej) dnia codziennego. Dwie wojny sieją spustoszenie, ludzie rodzą się i umierają. Szczęście zmienia się w tragedię, a bohaterowie wydeptują w życiu własne ścieżki.
„Co czuje Emma? Nic. Wszystko. Emma kocha córki. Jak to się mówi – całym sercem, chociaż przecież nie kocha się sercem, tylko przeponą, która ściska z miłości wszystko to, co człowiek ma w środku, wszystkie te sine, czerwone i lśniące od krwi i limfy wewnętrzne ludzkie struktury.” (s. 73)
Pierwsze pytanie, które nasuwa się w trakcie lektury, to pytanie o to kim jest tytułowy drach - pierwszoosobowy, wszystkowiedzący narrator. Pole do interpretacji jest ogromne, choć sam autor sugeruje czytelnikom kilka tropów. Po Śląsku drach to po prostu latawiec. Więc może chodzi o Boga, Stwórcę wszystkiego? Według Księgi Rodzaju „Duch Boży unosił się nad wodami” (Rdz 1,2), tak jak latawiec unosi się nad ziemią. Skojarzeń tego typu mam więcej, bo tragiczne losy Josefa mają wymiar biblijny. Czytelnik poznaje historię wszystkich pokoleń łączących ze sobą Josefa i Nikodema. Cały rodowód. Ojcowie i matki, wszystkie możliwe koligacje. Kolejne pokolenia obciążone ciężarem grzechów ojca. Z kolei w powieści Szczepan Twardoch sugeruje, że drach to smok, potwierdzając tę wersję w jednym z wywiadów. Pisarz tłumaczy etymologię tego słowa, pochodzącego od greckiego „derkhestai” (a nie greckiego „drakon” jak mógłby się wydawać, czyli „smok” w rozumieniu bestii), które oznacza „widzieć wyraźnie”.

Drach siedzi w ziemi, pod powierzchnią i snuje swoją opowieść w czasie teraźniejszym. Bo wszystko dzieje się teraz, czasami kilkanaście lat później lub wcześniej, ale zawsze teraz. Śledzenie losów bohaterów z tej perspektywy, kiedy ich historie przecinają się na tej samej płaszczyźnie, a autor ukazuje nawet najmniejsze powiązania między nimi, jest fascynującym doświadczeniem. Na tle dwóch rodzin tętni Śląsk, bo miasta, tak jak ludzie, mają swoje historie. Wszystkie elementy doskonale się zazębiają, a autor ukazuje zmiany jakie zaszły w świecie, w życiu, w rodzinie. I tylko miłość, nienawiść, smutek i radość są wciąż te same. Poszczególne epizody mają wydźwięk lokalnych plotek, historii opowiadanych przy okazji spotkań rodzinnych, pogłosek powtarzanych szeptem w sklepowej kolejce, czyli opowieści przekazywanych z ust do ust i kipiących od emocji.
„Rzeczy, które robimy w życiu po raz ostatni. O nich myśli Gela Magnor, lat siedemdziesiąt jeden, życie spędzone skromnie, cicho i prawie w ukryciu, chociaż przecież normalnie. Rzeczy, które opowiada się jedynie w ciemnościach tym, których zdrada jest nie do pomyślenia, chociaż możliwa, jak każda zdrada. Wiele rzeczy jest możliwych, chociaż nie do pomyślenia.” (s. 264)
Akcja powieści rozgrywa się na Śląsku, ale to nie ma większego znaczenia. I ma, jak wszystko. Ale rozpatrywanie dzieła Twardocha tylko przez śląski pryzmat jest krzywdzące. Bo gdyby bohaterowie byli powiązani z innym regionem, a Josef pracował w stoczni, hucie lub jakiejkolwiek wielkiej fabryce, a nie na grubie, to czy jego historia potoczyłaby się inaczej? Pewnie nie, bo losy Magnorów i Gemanderów mają wymiar uniwersalny. Valeska miała zasrane życie (jej słowa), ale tak samo mogłoby powiedzieć tysiąc innych kobiet. Kiedy kładzie się do łóżka i ogłasza rodzinie, że będzie umierać, to przypomina mi się babcia koleżanki, która zdecydowała, że pora przenosić się na tamten świat, zaległa w łóżku i przez tydzień wołała Matkę Boską. A kiedy Maryja nie przyszła, babcia wstała i uznała, że chyba jednak trzeba żyć dalej. I żyje do dnia dzisiejszego.

Bohaterowie Twardocha rozmawiają najczęściej w gwarze śląskiej i języku niemieckim. Pisarz zrezygnował z przypisów, co w pewnym stopniu utrudnia lekturę i dezorientuje czytelnika. Gwarę znam i rozumiem, choć sama mówić nie potrafię, dlatego nie miałam większych problemów z przyswojeniem śląskich fragmentów. Te niemieckie zignorowałam z lenistwa (nie chciało mi się szukać w słowniku), dlatego poruszałam się za drachem po omacku, zdana na jego łaskę, tłumiąc nieprzyjemne uczucie niepewności.
„Smutek zostaje na zawsze, nawet kiedy wszystko inne znika.” (s. 338)
Historię wymyśloną przez Szczepana Twardocha przeczytałam jednym tchem. I chociaż całość jest naprawdę wyjątkowa i poruszająca, to zakończenie jest po prostu doskonałe. Moje obolałe serce roztrzaskało się na milion drobnych kawałków. Takiego obrotu spraw zupełnie się nie spodziewałam i choć żal mi zarówno Josfea i Nikodema, to najbardziej poruszyła mnie Valeska. I ta przerażająca świadomość, że wreszcie rozumiem skąd wzięła się jej najmłodsza córka. Fabuła tak siadła mi na psychice, że Caroline śniła mi się po nocy. Tak naprawdę do tej pory roztrząsam losy bohaterów, a od lektury opłynęło już sporo czasu. Książkę obiłam ex librisem i teraz przechowuję ją jak najcenniejszy skarb, bo przecież pod okładkę wpadły kawałki mojego złamanego serca.

♥ ♥ ♥
Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.


Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram