Życie silniejsze od śmierci, czyli „To nie deszcz, to ludzie” - Halina Birenbaum w rozmowie z Moniką Tutak-Goll


Wśród wszystkich książek okołowojennych, których na polskim rynku wydawniczym ukazuje się mnóstwo, „To nie deszcz, to ludzie” jest tą, której absolutnie nie można przegapić. Szczera i osobista opowieść Haliny Birenbaum trafia prosto w serce czytelnika i zostaje w nim na zawsze.


Halina Birenbaum urodziła się 15 września 1929 r. w Warszawie. Przeżyła powstanie w getcie warszawskim, przeszła przez Majdanek, Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Wojna zabrała całą jej rodzinę. Tylko ona i brat przeżyli. W 1947 wyemigrowała do Izraela, tam ułożyła sobie życie i mieszka do dziś. Pięć zdań, które można by nazwać skróconą biografią tej niezwykłej kobiety. A to przecież tak mało, szczególnie, że swoją historią, dziewięćdziesięcioletnia dziś Halina, mogłaby obdzielić kilka osób. Swoim optymizmem również, bo nawet w chwilach najgorszego upodlenia i najtrudniejszych emocji, nigdy nie straciła nadziei i wiary w życie. Swoje doświadczenia przekuła w książki i wiersze, choć sama dla siebie nie była pisarką, a jedynie kurą domową dbającą o dom, męża i dzieci. Dziś jest najmocniejszym głosem swojego pokolenia. Mówi głośno, z przejęciem, ale też czułością, lekkością i magnetyzmem. Sprawia wrażenie jakby została stworzona do opowiadania historii. A przecież dopiero porwanie i proces Adolfa Eichmanna zmusiły ją do spisania swoich wspomnień.

„Chciałam, żeby świat dowiedział się, co wtedy przeżywaliśmy, co czuliśmy. Tego na procesie Eichmanna nie było. Mówiono o zabijaniu, ale nie mówiono o obozowym życiu, o ludziach, o poświęceniu, współczuciu, miłości. Nie mówiono o tym, że życie jest silniejsze od śmierci.” (s. 271)

Wcześniej o Shoah rozmawiała z tym, którzy chcieli słuchać, a było ich niewielu. Zaraz po emigracji nie było dobrego momentu na wspomnienia, bo temat był wyjątkowo niewygodny. Ocalałym z Holocaustu zarzucano, że sami poszli na rzeź jak stado owiec. Że nie walczyli, nie buntowali się, ale dali się zamknąć za drutami i wepchnąć do pieców krematoryjnych. Mechanizm hitlerowskiej maszyny śmierci nie mieścił się nikomu w głowie. Ale Halina mówiła. Szczerze i prosto z serca. Nie o śmierci. O życiu. Opowiadała o swoich bliskich, szczególnie o ukochanej matce, tłumacząc swoim chłopcom, dlaczego nie mają żadnej rodziny.

„Yakov, kiedy był mały, krzyczał w nocy. I ja wiem, że krzyczał moim strachem.
Opowiadałam synom o tym wszystkim, kiedy jeszcze byli mali. Gdy stali się dorośli, nie chcieli słuchać. Już mieli dosyć. Nie chcieli czytać moich wierszy, tych książek, bali się ich. Znam tych, co mówią, że przekazałam traumę. Ja tak nie uważam. Musiałam mówić, bo pytali.” (s.110)
W rozmowie z Moniką Tutak-Goll ta mała ciałem, ale wieka duchem kobieta odsłania całą siebie. Z rozbrajającą, a nawet zawstydzająca szczerością opowiada o swoich doświadczeniach i zwykłej trosce o drugiego człowieka, nawet jeśli czasy były niepewne i niesprzyjające relacjom międzyludzkim. Pisarka w prosty i piękny sposób mówi o miłości i drobnych radościach dnia codziennego. O układaniu sobie wszystkiego od nowa, o uczeniu się na nowo życia. Ale też o trudnych stosunkach z najbliższymi – bratem i bratową, ukochanymi mężczyznami, synami, którzy zarzucali matce wszystko co najgorsze. A przy tym ma świadomość popełnianych błędów. Wie, że bywała trudna, niesprawiedliwa, nadopiekuńcza.

„Nosiłam w sobie strach, że dzieciom, że mnie może coś się stać. Nadmiernie dbałam o synów. (…)
Gdy lał deszcz nie dawałam iść do szkoły. Skoro ja stałam w Auschwitz w tym błocie, na klęczkach, naga, to niech chociaż oni poleżą w ciepłym łóżku. (…) Do tej pory pamiętam, jak w przemoczonym ubraniu kładłyśmy się na pryczy jedna blisko drugiej, żeby ogrzać ciało od ciała. Odzież była ciepła i mokra. Jeśli kiedyś włożyłaś niewyschniętą, wilgotną bluzkę, to może pamiętasz, jakie to jest nieprzyjemne, jakie obrzydliwe. Mam teraz ciepłe mieszkanie i po tym wszystkim co przeszłam, wyjmę swoje dzieci z łóżek i poślę do szkoły w ten deszcz? Po co? A co to jest? Jaka to świętość? Nie było dla mnie świętości po Auschwitz.” (str. 12)
Halina Birenbaum bez wątpienia ma dar do snucia opowieści. Ale w tym miejscu trzeba również docenić pracę Moniki Tutak-Goll. Dziennikarka wykazała się wrażliwością i empatią, a przede wszystkim umiejętnością zadawania odpowiednich i odważnych pytań. Przy tym pozwoliła swojej bohaterce być na pierwszym miejscu, a sama pozostała w cieniu. Dzięki temu „To nie deszcz, to ludzie” to przeszywająca, ale też do głębi optymistyczna opowieść, o tym, że życie jest zawsze silniejsze od śmierci. Że nawet w obozie zagłady, zdarzały się momenty po ludzku piękne i wspaniałe, jak pierwsza miłość. Trudno ująć w słowa wszystkie emocje towarzyszące lekturze, bo czasami nie wiadomo jak reagować, kiedy jednocześnie chce się śmiać i płakać. Kiedy kolejna tragedia łamie serce, a niezłomny optymizm Haliny pozwala dojrzeć światło w ciemności i nigdy nie porzucać nadziei. To książka tak dobra i tak ważna, że każdy powinien ją przeczytać.

„Każda wojna niszczy. Każdy pogrom niszcz. Każde pijaństwo, choroba niszczy rodzinę. Życie jest trudne, ale trzeba je kochać takim, jakie jest. Wiele razy pytali mnie: Ty po Auschwitz nie chciałaś popełnić samobójstwa? Jak to – mówię? Oni mnie chcieli zabić, ja się chciałam ratować za wszelką cenę, dlaczego miałam myśleć o samobójstwie? Wiem, że byli ludzie, którzy rzucali się na druty, bo nie miele siły tego przetrwać. Ja przetrwałam i będę opowiadać. To mój obowiązek.” (str. 110-111)

♥ ♥ ♥
Halina Birenbaum, Monika Tutak-Goll, To nie deszcz, to ludzie, wyd. Agora SA, Warszawa 2019.

Komentarze

„Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze”. - Andrzej Stasiuk-