Timothy Le Boucher dał się poznać czytelnikom od jak najlepszej strony. Po genialnych „Dniach, które nie znamy” i znakomitym „Pacjencie” przyszła pora na „47 strun”. Nazwisko uznanego komiksiarza i mój ulubiony motyw muzyczny wystarczą, żeby serce zabiło mi mocniej na widok opasłego tomiska. I chyba moje oczekiwania były zbyt wysokie, bo po lekturze czuję się nieco rozczarowana.
Timothé Le Boucher znów pokazuje klasę. W swoim drugim autorskim albumie wydanym przez Non Stop Comics. Francuz udowadnia, że ma wiele do powiedzenia na temat tożsamości, masek, które nosimy na co dzień i życia obciążonego osobistą tragedią. Teoretycznie o tym samym były „Dni, których nie znamy”, a jednak opowieść snuta przez komiksiarza ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Wcześniej mieliśmy obyczajówkę, a teraz rasowy thriller.
„Dni, których nie znamy” to ten rodzaj komiksu, który lubię najbardziej. Zamknięta, jednotomowa opowieść z mocnym tłem obyczajowym. I tak jak kiedyś zachwyciła mnie historia stworzona przez Manuele Fiora, czyli „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę”, tak teraz nie mogę oprzeć się powieści graficznej napisanej przez trzydziestodwuletniego Timothe Le Bouchera.