Zabawa w wilka - Zuzana Říhová (recenzja)

W swojej powieści „Zabawa w wilka” Zuzana Říhová garściami czerpie z podań ludowych i baśni o Czerwonym Kapturku. Ale nie z tej współczesnej, dobrze znanej wersji, w której dobro triumfuje, a babcię i dziewczynkę ratuje gajowy. Co to, to nie. U Czeszki jest ciągły strach i groza, która przesącza się przez nieruchome powietrze lepkie od upału. 

„Spakowali się i wyjechali. Ale żadnemu z nich nie przyniosło to ulgi. Mówią o wspólnej drodze, ale ich roztrzęsione palce wskazują przeciwne kierunki”.
Są takie momenty w życiu, kiedy nie można już nic zrobić. Trzeba uciec, żeby nabrać dystansu, schować się przed światem, zacząć od nowa z nadzieją, że będzie lepiej. Bohumil i Bohumila tak właśnie zrobili. Zabrali dziecko i uciekli na wieś. Zamieszkali w starym domu na dnie wąwozu, w jakiejś dziurze, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wsi spokojna, wsi wesoła? Nic bardziej mylnego. Lokalni mieszkańcy patrzą na nich spode łba, niby są mili, ale dają małżeństwu odczuć, że są obcy. Bohumil szuka sobie zajęcia, kręci się po wsi, towarzyszy gospodarzom w pracy. Bohumila robi wszystko, żeby rozmijać się mężem, żeby unikać jego towarzystwa, ograniczyć interakcje do minimum. Czasem wydaje jej się, że słyszy głos, który każe jej uciekać jak najdalej, ale kobieta wie, że tego jednego nie może zrobić. Są w tym razem, to ostatnia, a właściwie jedyna szansa, żeby wszystko naprawić. 

Říhová snuje swoją baśń z naturalistyczną precyzją. Narracja mocno oddziałuje na wszystkie zmysły, oblepia czytelnika brudem, wytrąca z równowagi i wprawia w stan ciągłego niepokoju. Coś chodzi wokół domu Bohumily i Bohumila, czai się w ciemności i wywołuje paraliżujący strach. Oboje to czują, choć odpychają czarne myśli, racjonalizują wydarzenia, których nie potrafią wytłumaczyć. Martwią się, myśli buzują, a koszmar powoli nabiera realnych kształtów. Czeska pisarka dopuszcza do głosu kolejnych bohaterów, zmienia perspektywy, pozwala zajrzeć w oczy nawet tym, na których czytelnik nie ma ochoty patrzeć. Świat zastyga w oczekiwaniu, atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Wiadomo, że w końcu coś musi się wydarzyć i na pewno nie będzie to nic dobrego. 

Punkt kulminacyjny jest straszny, zakończenie również, ale dla mnie najgorszy jest smutek Bohumila. „Jestem tu sam i pożera mnie rozpacz” – mówi bohater, a żal sączący się z każdej strony zapiera mi dech. W jego żonie jest więcej hardości, więcej woli walki, natomiast on jest bezbrzeżnie smutny i zrezygnowany. „Wiem, że się nad sobą użalam, pomyślał Bohumil. Ale nikt inny tego nie zrobi”. Ja się użalam, szczególnie kiedy wspomina o synu z całym bagażem rożnych dysfunkcji. A kiedy nadaje kształt myślom, które każdy rodzic dziecka z niepełnosprawnością od siebie odpycha, mam ochotę dotknąć jego ramienia i powiedzieć, że wiem co czuje. Ta świadomość sprawia, że serce podchodzi mi do gardła.
„Tamtej nocy zaczęła się jego bezsenność. A może później. Nie pamięta dokładnie. 
W końcu zasnęła, trzymając chłopca w ramionach. Chodził po mieszkaniu i rozwieszał swetry i koszule na kaloryferze. Przez całą noc się zastanawiał, ile miłość jest w stanie znieść”.
„Zabawa w wilka” przeraża i fascynuje. Osacza czytelnika wspaniale wykreowanym, schizofrenicznym klimatem i namacalnym poczuciem zagrożenia. Są w tej powieści takie fragmenty, że bałam się odwrócić stronę, chciałam zamknąć oczy, żeby nie widzieć już nic więcej, a jednocześnie nie mogłam przestać czytać. Swoim bajaniem Zuzana Říhová pokazuje, że zło może przybierać rożne kształty, ale zawsze bierze się z człowieka. Tadeusz Różewicz zgodziłby się z Czeszką. Czesław Miłosz również.

♥♥♥ 
Zuzana Říhová, Zabawa w wilka (tyt. oryg. Cestou špendlíků nebo jehel), tłum. Dorota Dobrew, wyd. Afera, Wrocław 2026.


Komentarze