Chronosquad, tom 1: Miesiąc miodowy w epoce brązu – Giorgio Albertini (recenzja)

Ludziom już całkiem poprzewracało się w... głowach. Wakacje za granicą to za mało, teraz w modzie są podróże nie tyle w przestrzeni, co w czasie. Giorgio Albertini wykorzystuje stary dobry motyw podróży w czasie (uwielbiam!) i przerabia go po swojemu, żeby rzucić czytelnika w sam środek szalonej, zabawnej i trochę niebezpiecznej akcji. „Chronosquad. Miesiąc miodowy w epoce brązu” to pierwszy tom otwierający nową serię, która zapowiada się wyjątkowo ciekawie.


Chronoturystyka rośnie w siłę, bo chętnych na urlop w wiktoriańskiej Anglii lub starożytnej Grecji nie brakuje. Tym bardziej, że na takich wczasach można zaoszczędzić wolne dni w robocie, bo zakrzywienia w czasie i coś tam (nie do końca kumam co, ale wierzę, że twórcy komiksu nie kłamią). Oczywiście kurorty tworzone są z dala od skupisk ludzkich, bo wiadomo, że zmiany w przeszłości będą miały swoje konsekwencje, więc wszystko robione jest w białych rękawiczkach, a turyści pilnowani są przez specjalną jednostkę. Pewnego pięknego dnia w epoce brązu dochodzi do ucieczki pary nastolatków. Młodzi, zakochani i szaleni chcą pozwiedzać na dziko, bo kto im zabroni. Oczywiście gówniarze paskują się w tarapaty, a tytułowy Chronosqad rusza z misją ratunkową. Do jednostki dołącza Bloch Telonius – świeżo zwerbowany funkcjonariusz, który od dawna czekał na swoją szansę i w końcu ma okazję się wykazać.

Fabuła komiksu Giorgio Albertini jest rewelacyjna. Pomysł niby ograny, ale przefiltrowany przez nieskrępowaną wyobraźnię autora zapewnia kilka chwil zwariowanej zabawy. Scenarzysta znakomicie łączy motywy, umiejętnie żongluje emocjami, w naturalny i lekki sposób porusza się między humorem i dramatem. Bo sytuacja, w którą wplątują się uciekinierzy jest poważna, to zupełnie inni świat, obcy i niebezpieczny, tym bardziej dla naiwnych dzieciaków, które wyglądają i zachowują się inaczej niż lokalsi. W kilku scenach serce czytelnika podchodzi do gardła, a odbiorca jest przekonany, że to wszystko nie może skończyć się dobrze. Jednak w przypadku komiksu Giorgio Albertini niczego nie można być pewnym, bo fabuła jest nieobliczalna, groza szybko zmienia się w zabawę, komedia w sensację, a sensacja w przygodę. 


„Chronosquad, tom 1: Miesiąc miodowy w epoce brązu” to komiks, który wymyka się łatwym klasyfikacjom. Jest akcja, jest humor, jest dramat, trochę smuteczków i ludzkich dylematów. Wszystkie te elementy zmiksowane w oryginalny i trochę chaotyczny sposób, łączą się w zaskakującą całość, od której nie sposób się oderwać. Świetny scenariusz to jedno, natomiast opowieść nie miałaby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczne ilustracje Grégory’ego Panaccione. Rysunki są dynamiczne, miękkie, trochę rozmyte, rysowane na szybko, jak gdyby artysta chciał nadążyć za tempem narzuconym przez scenarzystę. Ciepłe kolory tworzą przyjemny klimat, a emocje są doskonale widoczne na twarzach postaci. Za sprawą rysownika świat przedstawiony ożywa na oczach czytelnika, wciąga i pozwala zaangażować się w opowieść, a także kibicować ze wszystkich sił gapowatemu Blochowi, którego pojawienie się za każdym razem wywołuje uśmiech.

Komiks duetu Albertini/Panaccione wciąga bez reszty, śmieszy, trochę starszy, a przede wszystkim gwarantuje kapitalną rozrywkę. Odmalowany z godnym podziwu rozmachem, balansujący na granicy komedii i tragedii, pachnie kinem z lat 80. i 90. Nie przestaje mnie zadziwiać, że Albertini tak dobrze połączył różne motywy i stworzył całość, która jednocześnie pachnie nostalgią i tchnie świeżością. Mam nadzieję, że dalej będzie jeszcze lepiej, a Albertini i Panaccione jeszcze niejednym nas zaskoczą. 


♥♥♥ 
Giorgio Albertini, il Grégory Panaccione, Chronosquad, tom 1: Miesiąc miodowy w epoce brązu, tłum. Jakub Syty, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2026. 

Komentarze