Komiks obyczajowy najwyższej klasy, czyli „Dni, których nie znamy” Timothe Le Bouchera






„Dni, których nie znamy” to ten rodzaj komiksu, który lubię najbardziej. Zamknięta, jednotomowa opowieść z mocnym tłem obyczajowym. I tak jak kiedyś zachwyciła mnie historia stworzona przez Manuele Fiora, czyli „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę”, tak teraz nie mogę oprzeć się powieści graficznej napisanej przez trzydziestodwuletniego Timothe Le Bouchera.


Dwudziestokilkuletni Lubin Maréchal jest wolnym ptakiem. Jego artystyczna dusza pcha go w kierunku kariery akrobaty, a pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami, próbami z cyrkową grupą przyjaciół oraz spotkaniami z ukochaną dziewczyną, Lubin dorabia na kasie w markecie. Radość, beztroska, pochwała młodości, tak w skrócie wygląda jego życie. Wszystko zaczyna się komplikować kiedy chłopak zauważa, że z pamięci uciekł mu jeden dzień. Przerwy w życiorysie powtarzają się regularnie co drugi dzień. Szybko okazuje się, że w dniach, które umykają Lubinowi jego ciało przejmuje drugi ktoś – rozsądny, uporządkowany, nastawiony na karierę i ustabilizowane życie. Obie jaźnie Lubina próbują się dogadać i ustalić jakieś zasady wspólnej egzystencji, a w komunikacji pomagają im filmiki nagrywane kamerką komputerową. I może taki dziwne życie byłoby nawet znośne, gdyby nie fakt, że drugi Lubin zaczyna przejmować kontrolę i odcina akrobatę na dłużej niż przewidywała to pierwotna umowa.

Na scenariusz Le Bouchera można patrzeć w kategoriach fantastyki, bo główny bohater nosi w sobie podstępnego intruza, który dąży do przejęcia całkowitej kontroli nad ciałem Lubina, a tym samym młodemu mężczyźnie grozi unicestwienie. Komiksiarz mógłby mocniej zaakcentować swoją wizję przyszłości i skupić się przede wszystkim na walce młodego akrobaty z jego drugą wersją i to też byłoby dobrym posunięciem fabularnym. A jednak Timothe Le Boucher idzie w zupełnie innym kierunku i stawia przede wszystkim na warstwę obyczajową swojej opowieści. Mamy tu wszystko o co rozchodzi się w życiu – miłość, przyjaźń, marzenia do spełnienia. I tylko ten drugi stoi Lubinowi na drodze do celu, tym bardziej, że chłopak nigdy nie wie kiedy obudzi się sobą. Dlatego młody akrobata skupia się na dniach, których nie zna, chcąc wycisnąć z nich maksimum. Tym samym komiks Francuza z ciekawej obyczajówki zmienia się w przyjmującą opowieść o pogodzeniu z losem, o umiejętności czerpania radości z każdego dnia, który jest nam dany i o życiu pełną piersią – jakby jutra miało nie być. Jest w tym piękno i mądrość, tym bardziej, że młody scenarzysta jest bardzo subtelny w swoim przesłaniu.

Lubię komisy tego typu nie tylko fabularnie, ale też zupełnie przyziemnie, jako przedmioty. Chodzi mi o ten sposób wydania – twarda oprawa, gruby, matowy papier, który ma swój specyficzny zapach i nie zostają na nim ślady paluchów. I oczywiście warstwa graficzna - czyli uproszczona kreska, która ma swój urok, nie rozprasza i pozwala się skupić na emocjach, a nie rysunkowych fanaberiach. Ładne to wszystko. Tom, tak wymuskany i wygodny do czytania, oraz ta opowieść, która wciąga i zamiast zadziwiać akcją każe się przyjrzeć kondycji człowieka i relacjom międzyludzkim. Bo gdy okaże się, że masz przed sobą tylko jeden dzień, to co będzie dla ciebie ważniejsze? Blichtr, splendor i sukces? A może ludzie, z którym będziesz chciał go przeżyć? Nie wiem czy to najlepszy komiks wydany w tym roku przez „Non Stop Comics”, ale na pewno mój ulubiony. Sięgnijcie po „Dni, których nie znamy” i dajcie się uwieść tej niezwykłej opowieści, koniecznie słuchając w tle śpiewającego Marka Grechuty.

♥ ♥ ♥
Timothe Le Boucher, Dni, których nie znamy (tyt. oryg. Ces Tours qou di disparaissent), tłum. Jakub Syty, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2020. 
 

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram