Szkoła bardzo prywatna - Charles Spencer (recenzja)
Odchorowałam tę książkę. Wiedziałam o czym będzie, z resztą czytałam inne publikacje o ludzkiej niegodziwości, a jednak szkolne wspomnienia Charlesa Spencera wstrząsnęły mną tak bardzo, że w nocy budziły mnie koszmary.
Przed lekturą „Szkoły bardzo prywatnej” nie przypuszczałabym nawet, że o traumie, przemocy i molestowaniu można opowiadać w sposób tak dystyngowany i wyrafinowany. A jednak Charlesowi Spencerowi się udało. Po tym poznać angielskiego dżentelmena – po elegancji, doskonałych manierach i skrywanej traumie. W swojej książce pan Spencer opowiada o tym, jak wielkie piętno na całe życie zostawiły w setkach, o ile nie tysiącach dzieci brytyjskie szkoły z internatem. Oczywiście nie można uogólniać, autor nie badał całego systemu edukacji, nie sprawdzał innych placówek i nie rości sobie prawa do mówienia za wszystkich. Opowiada jedynie o doświadczeniach swoich oraz kolegów z dawnych lat, którzy zgodzili się porozmawiać. Przykład Maidwell Hall pozwala jednak domniemywać, że podobnych wykroczeń było więcej, a dzieci z dobrych, bogatych domów poddawano tresurze za wszelką cenę.
To zawsze boli, kiedy czyta się o krzywdach wyrządzanych dzieciom. Jednak kiedy temat dotyczy podopiecznych sierocińców, można przypuszczać, że opiekunowi pozwalali sobie na nadużycia, bo te dzieci nie miały nikogo, kto stanąłby w ich obronie. Były same i same cierpiały. Ale potomkowie brytyjskiej arystokracji? Dzieci wychuchane i wypieszczone (często przez nianie, a nie przez rodziców), pochodzące z elit i wyżyn społecznych? Przecież to niemożliwe, żeby ktokolwiek miał odwagę bezkarnie podnosić na nie rękę. A jednak poniżani, wyśmiewani, bici, a nawet molestowani chłopcy z Maidwell Hall znosili wszystkie krzywdy bez słowa skargi, wysyłając do domu kurtuazyjne listy o ocenach i pogodzie. O tym, jak bardzo cierpieli mogły świadczyć jedynie kartki papieru pomarszczone od kapiących łez i ślady krwi na bieliźnie, których w domu nikt nie zauważał.
W trakcie lektury przez cały czas wracało do mnie tylko jedno pytanie – jak to możliwe, że żaden z chłopców nie zwierzył się najbliższym przez co przechodzi? W końcu dostałam swoją odpowiedź, a udzielił jej sam Charles Spencer. Zimny wychów i święta tradycja zrobiły swoje, ale najbardziej gorzką refleksją jest to, że rodzicom było po prostu wygodnie wysłać dzieci do elitarnej szkoły z internatem i mieć święty spokój. Bo kiedy Charles przechodził przez piekło, jego rodzice bawili za granicą lecząc własne smutki lub balując w najlepsze.
„Szkoła bardzo prywatna” to książka wstrząsająca w swej wymowie, choć sam autor robi wszystko, żeby oszczędzić czytelnikowi drastycznych szczegółów. Charles Spencer nie epatuje przemocą, a jego narracja jest spokojna i stonowana, a jednak to wszystko o czym opowiada autor zwyczajnie nie mieści się w głowie. Wielki szacunek, że miał odwagę opowiedzieć o swoich doświadczeniach i wysunąć wnioski, które przełamują tabu i w pewien sposób rzutują na jego środowisko.
PS
Wspomnienia Charlesa Spencera sprawiły jeszcze jedną rzecz – już nigdy nie przeczytam Harrego Pottera tak samo. Przecież cała idea elitarnej szkoły, do której wysyła się dziesięciolatków, miesiące rozłąki z rodzicami, minimalny kontakt z domem, nawet kufry i dormitoria są te same! Mam ciarki na samą myśl. I wiem, ze to tylko bajka dla dzieci, ale do takich bajkowych szkół wyjeżdżali chłopcy, którzy na miejscu przeżywali piekło.
♥♥♥
Charles Spencer, Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja (A Very Private School), tłum. Zofia Szachnowska-Olesiejuk, wyd. Czarne, Wołowiec 2025.
Komentarze
Prześlij komentarz