Zielone światła. Autobiografia, czyli Matthew McConaughey obnażony

Czytając „Zielone światła” Matthew McConaughey przez cały czas towarzyszyła mi emotikona z wybuchającym mózgiem. Co ja przeczytałam! Do tej pory nie wiem, choć pewne jest, że książka znanego aktora na pewno nie jest autobiografią. To raczej zbiór wspomnień i anegdot połączonych z motywacyjną gadaniną.


Przeczytałam i nie wiem. Nie wiem czy mi się podobało i czy polecam ją dalej, bo to było bardzo dziwne przeżycie. Nie wiem czy jestem za stara na takie bzdury, czy chodzi raczej o to, że zupełnie nie rozumiem amerykańskiej mentalności, a może jednak mam kij w tyłku i nie potrafię cieszyć się tego typu lekturą, bo tu jednak o uśmiech chodzi. Nie wiem. Z jednej strony dostajemy to na co czekałam najbardziej, czyli opowieść zwykłego faceta, który dzięki ciężkiej pracy i naturalnym zdolnościom osiągnął sukces, a przy tym pozostał fajnym, wrażliwym człowiekiem, który potrafi się dzielić tym co ma i dba o to, żeby świat wokół niego był trochę lepszy. Za to ogromny szacun, nikt mu tego nie odbierze, a to tylko jego zasługa. Kłaniam się w pas. Sporo tu też smaczków zwianych z filmową przygodą McConaughey’a, zakulisowych opowiastek, refleksji aktora na temat sławy, która nagle na niego spadła, opowieści o byciu głównym amantem Hollywoodu oraz o walce o swój własny wizerunek, odszufladkowanie i możliwość grania w bardziej ambitnych produkcjach.

Jest tu trochę wątków biograficznych, szczególnie urocze są te, zwiane z żoną i dziećmi. Są też momenty trudne, czyli wspomnienia z dzieciństwa, które można podsumować jako opowieść o patologii i ojcu przemocowcu. Oczywiście to jest coś, co dla mnie jest szokujące, bo z tonu publikacji nie wynika, żeby sam autor uważał to za coś odbiegającego od normy. Jednak nie potrafię przejść do porządku dziennego nad jawną przemocą, którą była silna ręka ojca i rytuały przejścia, które dorosły i silny mężczyzna serwował swoim synom. Wiem, że w książce nikt nie nazywa tego przemocą domową ani patologią, ale sorry, tak właśnie było. I to jest smutne.

„Zielone światła”to też publikacja ze sporą garścią kołczowych mądrości, osobistych notatek, wierszy, zdjęć. Może to całe motywacyjne gadanie jest sensowne, ale mnie wszelkie kołczowania wyjątkowo irytują, więc zielonoświetlna mądrość Matthew spłynęła po mnie jak po kaczce. Może do kogoś to trafi, nie oceniam, bo co ja tam mogę wiedzieć o potrzebach innych ludzi.

„Zielone światła” Matthew McConaughey to przedziwna książka, poskładana z kontrastów, lekka i zabawna, a jednocześnie poprzetykana naprawdę trudnymi lub odjechanymi momentami. Bo z jednej strony McConaughey bardzo chroni swoją prywatność i tak naprawdę ujawnia niewiele ze swojej biografii, a przy tym bez ogródek odsłania swoje wnętrze i opowiada choćby o mokrych snach, które popychały go do podróży w głąb świata i w głąb siebie. Powtórzę raz jeszcze, przeczytałam i nie wiem. Nie wiem czy mi się podobało i czy polecam ją dalej. Czytacie na własną odpowiedzialność.

♥ ♥ ♥

Matthew McConaughey, Zielone światła. Autobiografia (tyt. oryg. Greenlights), tłum. Adam Pluszka, wyd. Marginesy, Warszawa 2022.

Komentarze