Smutek i rozkosz, czyli przepiękna literatura obarczona ciężarem egzystencjalnym

Patrzę na okładkę powieści „Smutek i rozkosz” Meg Mason i myślę, że współodczuwam i też tak mam. Mentalnie również stoję ze zwieszonymi ramionami, czołom oparta o ścianę. I to częściej niż chciałabym przed kimkolwiek i przed sobą przyznać.


Z Marthą jest coś nie tak. Wszyscy to wiedzą, ale nikt nie potrafi powiedzieć co konkretnie. Może chodzi o to, że jest bardziej marudna niż wszyscy, zwykle narzeka i wszystko krytykuje. Może to kolejny epizod depresyjny, a może po prostu charakter kobiety, która lubi taka być. A przecież wystarczyłoby wziąć się garść, ogarnąć i postarać bardziej. Przecież wszyscy czasem czujemy się źle ze sobą, a nikt nie robi z tego powodu takiego zamieszania jak Martha. Tak kobietę widzą bliscy, a przynajmniej tak jej się wydaje, bo wszystkie wydarzenia w życiu Marthy poznajemy z pierwszej ręki, od samej zainteresowanej. Narratorka zaczyna się w najgorszym momencie, bo Patrick nie wytrzymuje i odchodzi. Jej małżeństwo rozpada się jak domek z kart. Nie ma czego ratować, trudno go nawet winić, bo Martha od dawna wiedziała, że tak to się skończy. A może jednak jest jeszcze nadzieja na pogodzenie się z diagnozą, losem i mężem? 
„Bo nawet jeśli nie sposób uniknąć cierpienia, zawsze można wybrać scenografię. Zupełnie inaczej wypłakuje się oczy nad Sekwaną, niż snując się po Hammersmith”.
Pierwszoosobowa narracja Marthy to opowieść o jej życiu, zwykłej codzienności, bliskiej relacji z siostrą i ojcem, fatalnej z matką. Pierwsze spotkanie z Patrickiem, rodzinne uroczystości, zwykła codzienność, poprzetykane wewnętrznym bólem, kolejnymi załamaniami nerwowymi, zjazdami psychicznymi, dziwnym zachowaniem dziewczyny, wracaniem do normalności i czekaniem na kolejny wybuch w głowie. Drobne radości, uśmiechy, żarciki, chwile czułości i wsparcia, pomieszane z rozpaczą, strachem i emocjami, których nie sposób nazwać i zrozumieć. To ciągła szamotanina młodej kobiety o normalność, jakkolwiek miałabym ona wyglądać. Walka o siebie, odpuszczanie, załamanie, wychodzenie na prostą, miłosne uniesienia i znowu dół. Ciągły rollercoaster, wieczna niewiadoma, zagubienie i szukanie odpowiedzi na pytanie „co jest ze mną nie tak?” W końcu diagnoza, która wszystko wyjaśnia i jeszcze więcej komplikuje. Życie z chorobą psychiczną, ot co.
„Z braku lepszych powodów do życia trzeba postawić na piękno”.
Martha jest uważna, bezpośrednia, surowa dla siebie i obdarzona niesamowitym poczuciem humoru. Przez to jej opowieść jest smutna i zabawna jednocześnie. Obezwładniając szczera, emocjonalnie kłopotliwa, piękna, delikatna, wzruszająca i podszyta nadzieją. Były momenty, kiedy miałam ochotę potrząsnąć Marthą, krzyknąć „nie rób scen”, poklepać ze współczuciem Patricka i za każdym razem było mi głupio. Bo to przecież nieładnie przewracać oczami i krytykować kogoś z depresją albo czymś jeszcze gorszym. A później się wszystko wydało. Diagnoza Marthy zmienia nie tylko kobietę, ale również spojrzenie czytelnika na bohaterkę, jej dotychczasowe wybory i życiowe perturbacje. Rozszerza perspektywę o bliższą i dalszą rodzinę, o Patricka. Chwyta za serce i niesamowicie wzrusza. Meg Mason po mistrzowsku prowadzi narrację, odsłania karty powoli, buduje obraz kobiety, która jest swoim najgorszym i najsurowszym sędzią. A potem następuje kliknięcie i całkowicie zmienia się spojrzenie na całą sytuacje i dotychczasowe wydarzenia. Może to brzmi ciężko, ale to tylko pozory, bo „Smutek i rozkosz” to powieść lekka jak piórko, obciążona ciężarem egzystencjalnym, który czuje wielu z nas, do bólu współczesna, napisana ze specyficznym humorem wywołującym pełen czułości uśmiech. Jestem oszołomiona i zachwycona. Wspaniała, przejmująca literatura. Polecam z całego serca.

♥ ♥ ♥
Meg Mason, Smutek i rozkosz (tyt. oryg. Sorrow and Bliss), tłum. Mateusz Borowski, wyd. Znak, Kraków 2022.

Komentarze