„Oberki do końca świata”, „Wróżenie z wnętrzności” i „Sto dni bez słońca”, czyli trzy literackie twarze Wita Szostaka

W maju ukaże się nowa książka jednego z moich najukochańszych pisarzy – Wita Szostaka. Czekam na kolejne olśnienie, zachwyt i ucisk w sercu, ale zanim to nastąpi wspominam trzy wcześniejsze powieści Szostaka. Zaskakująco różne, a jednak świetnie ze sobą współgrające, a przede wszystkim znakomite pod każdym względem.


„Oberki do końca świata” to nostalgiczna opowieść o wiejskich muzykantach. Wit Szostak czerpie garściami z nurtu literatury chłopskiej, ale bohaterami jego opowieści nie są ludzie żyjący z pracy na roli. Mężczyźni z rodziny Wichrów ręce mają spracowane od ciężkiej doli grajka, ale ziemią nie potrafią się zająć. Obdarzeni ogromnym talentem muzycznym, przechodzącym naturalnie z ojca na syna, zupełnie nie pasują do wiejskiej rzeczywistości. Chłoną otaczający ich świat, a to co widzą, czują i czego doświadczają zamieniają w muzykę.

Motywem wyjściowym całej powieści jest miłość braci Wichrów do tej samej dziewczyny. Józef i Franciszek zachodzą do Marii w tajemnicy. Jeden przed drugim udają, że nie ma tego uczucia, które ich dzieli. Do czasu, kiedy oświadczyny starszego z barci Franciszka zostają przyjęte. Józek ma grać na ich weselu, bo nikt nie potrafi grać tak jak Wichry i żadni muzykanci nie mogą się z nimi równać. Ale szczęście nowożeńców brutalnie przerywa czająca się w ciemności wojna i zanim wesele dobiegnie końca Franciszek musi opuścić chatę i udać się na miejsce żołnierskiej zbiórki. A to dopiero początek tej pięknej i melancholijnej opowieści o miłości, śmierci, prostym życiu i przemijaniu, które jest nieodłączną częścią naszego istnienia.
„Grał na jej weselu, choć ją chciał poślubić.
A teraz swą bratową może tylko lubić.”
To jeden z wielu refrenów powtarzających się w powieści jak mantra. Bo choć losy bohaterów są ważne, to jednak prym w opowieści wiedzie muzyka. Jej rytm nadaje tempo całej historii, a powtarzające się frazy poruszają serce bardziej niż perypetie Wichrów. W ogóle melodia i magia muzyki to najmocniejsze strony prozy Szostaka. Jego opowieść hipnotyzuje i wprawia w trans. „Oberki…” można przeczytać od razu w całości, bo tak trudno się od nich oderwać, przerwać rzewną melodię skrzypiec, zakłócić wylewające się spod smyczka emocje i smutki. Sięgnijcie po „Oberki do końca świata” i dajcie się uwieść melodii starych skrzypiec. Warto. Tym bardziej, że tego świata już nie ma. Pozostaje tylko muzyka i tlące się na dnie serca wspomnienia.

♥ ♥ ♥
Wit Szostak, Oberki do końca świata, wyd. Powergraph, Warszawa 2014.

„Któregoś dnia rzucę to wszystko i wyjdę rano, niby po chleb. Wtedy na pewno poczuję się lepiej, zostawię za sobą ten zafajdany świat.” Chyba każdy choć raz w życiu chciał zrobić to co mężczyzna z piosenki Ryśka Riedla. Wyjść z domu, nie oglądać się za siebie i już nie wrócić. Mateusz, bohater powieści „Wróżenie z wnętrzności”, miał odwagę zrobić to, o czym marzy wielu.

Mężczyzna odniósł międzynarodowy sukces, jego rzeźbami interesowali się wszyscy. Ale pewnego dnia coś w nim pękło. Powiedział kilku osobom co naprawdę myśli i zaszył się w środku lasu. Lojalna żona spakowała dzieci i ruszyła za nim. Stary dworzec, który kupili, zmieniła w dom dla męża i dzieci oraz Błażeja, brata bliźniaka Mateusza. Obaj bracia wyjechali kiedyś na wakacje do Włoch. Po ich powrocie już nic nie było takie samo. Błażej przestał się odzywać. Tak po prostu, w jednej chwili. Od tamtej pory nie powiedział ani słowa. I właśnie ten samotny wrażliwiec opowiada szeptem smutną historię rozpadu swojej rodziny.
„Nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powiedziane, bo słowa są ważne i trzeba ich używać rozsądnie. Mateusz powiedział mi kiedyś, że słowa zużywają się i kiedy zbyt często mówimy, to może ich zabraknąć na rzeczy naprawdę ważne.” (s. 20)
Spokojne tempo akcji i rytm narracji przypominają mi baśń czytaną przed snem. Zamknięty w swoim wnętrzu Błażej jest księciem zaklętym w jakieś zwierze, które nie może zdradzić nikomu, że potrafi mówić. Mateusz z całym swoim gniewem i niepewnością jawi się jako rozbójnik, który jednocześnie wzbudza strach i ciekawość. Z kolei Marta to bogini, leśna elfka, która próbuje tworzyć nową rzeczywistość, choć to wszystko wymyka jej się z rąk. Niezwykła sceneria Poświatowa, stary dworzec w środku lasu zamieniony w dom i ogródek warzywny stworzony w nienaturalnym środowisku sprawiają magiczne wrażenie, jakby w tym miejscu wszystko było możliwe.

I to jest piękne, ale troska ziejąca z każdej strony nie pozwala wierzyć w szczęśliwe zakończenie. Dobra wróżka nie przyjdzie, nie machnie różdżką i nie naprawi tego, co bohaterowie zdążyli już zepsuć. Ale dopóki Błażej nie przestaje szeptać, w ciemności wciąż widać maleńką iskierkę nadziei. Bo „Wróżenie z wnętrzności” to smutna, ale też ciepła i napisana z czułością powieść, która pozostawia czytelnika z drżącym sercem i poczuciem, że właśnie stało się coś ważnego.

♥ ♥ ♥
Wit Szostak, Wróżenie z wnętrzności, wyd. Powergraph, Warszawa 2015.

Lesław Srebroń, wielki uczony, doskonały wykładowca, a do tego przystojny i przyciągający uwagę mężczyzna (jak sam o sobie mówi), wyjeżdża na stypendium do Newport, małego miasteczka na irlandzkich wyspach Finneganach. Na miejscu prowadzi zajęcia o twórczości polskiego fantasty, genialnego Filipa Włócznika. Co prawda grupa studentów jest mała, ale zaangażowana w temat. Warto dodać, że w kolegium St. Brendan pracują sami wybitni naukowcy, dlatego Lesław Srebroń wpada na genialny plan, że z ich pomocą uda mu się ocalić świat.

Bohater „Stu dni bez słońca” jest bez wątpienia inteligentny, oczytany i wykształcony. Zna własną wartość i bez odrobiny kokieterii wymienia własne zasługi i zalety, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Najlepsze jest to, że jego przechwałki nie irytują, ale napędzają całą fabułę i prowokują do coraz szerszego uśmiechu. Bo pod względem życiowym Lesław Srebroń jest zwyczajnie głupi i łatwowierny. A kiedy ta gorzka prawda dotrze do czytelnika, kiedy odbiorca zrozumie, że wszyscy dookoła próbują nabić tego naiwniaka w butelkę, to całość robi się raczej smutna.

W postaci Srebronia jest coś, co mnie zachwyca. Może to moja nadinterpretacja, może wcale nie o to chodziło autorowi, ale widzę w powieści nie tylko wyśmienitą satyrę akademicką. Może tak naprawdę Szostakowi rozchodzi się o ukazanie współczesnego Don Kichota, któremu wcale nie jest łatwiej niż za czasów Cervantesa. Bo Lesław Srebroń żyje w świecie własnych iluzji, trzyma się uparcie jednej wersji i nie chce dostrzec, że rzeczywistość jest zgoła odmienna. Ma świadomość własnej wartości, ale nie wywyższa się ponad innych. Co prawda mieszkańców Newport traktuje z pobłażaniem i myśli o nich jak o zwykłym, prostym ludzie, ale kolegów z uczelni docenia aż za bardzo. Najważniejsze jest to, że do wszystkich odnosi się z szacunkiem i nawet w obcych ludziach chce zobaczyć przede wszystkim dobro. Gdyby co drugi człowiek miał takie podejście do bliźnich, to świat byłby zdecydowanie lepszym miejscem.

„Sto dni bez słońca” to przezabawna, niesamowicie wciągająca i napisana ze swadą opowieść o przygodach polskiego uczonego (stylizacja językowa jest genialna). Przez cały czas Wit Szostak prowadzi inteligentną grę z czytelnikiem, podrzuca mu kolejne aluzje i mam wrażenie, że bawi się równie dobrze, co odbiorca. Ale gdzieś pod powierzchnią humoru, żartu i ironii ukryte zostało ziarenko gorczycy, które ma decydujący wpływ na smak całości. Takie literackie uczty lubię najbardziej!

♥ ♥ ♥
Wit Szostak, Sto dni bez słońca, wyd. Powergraph, Warszawa 2014.

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram