A ja żem jej powiedziała Kaśka nie pisz więcej, czyli kilka słów na temat książkowego debiutu Nosowskiej

Dałam się nabrać jak dziecko. Zachęcona wszechobecnymi ochami i achami sięgnęłam po książkę Katarzyny Nosowskiej, chwilę po tym jak wyskoczyła mi z lodówki. Samą autorkę bardzo lubię i cenię jako artystkę, jej piosenek słucham od lat, a wywiady z nią uwielbiam, bo zawsze pokazuje się w nich z najlepszej strony. Niestety po przeczytaniu „A ja żem jej powiedziała...” mam ochotę powiedzieć tylko jedno – Kaśka nie pisz więcej!


Każdy kto rozmyśla czasem nad sensem i bezsensem istnienia dojdzie do tych samych, a nawet głębszych wniosków co autorka. I tak, jak krótkie zajawki zaczynające się od „A ja żem jej powiedziała...” mają w sobie ikrę i humor, tak rozwinięcie myśli w postaci felietonów to już porażka. Każdy temat jest jedynie muśnięty, raptem kilka luźnych zdań, które nie są ani zabawne, ani tym bardziej odkrywcze. Od czasu do czasu pojawiają się wątki autobiograficzne, coś na temat nadwagi i przemocy domowej (czytelniczkom zapewne mają spadać buty z wrażenia), doprawione mądrością życiową dojrzałej kobiety. Niestety głębokie to tak samo jak tekst „Teksańskiego”. I nawet jeśli już zdarza się Kaśce napisać coś fajnego, to urywa w najciekawszym momencie, kończąc myśl, która aż prosi się o rozwinięcie.

Natomiast kilka fragmentów sprawia, że ręce opadają, a szczególnie jeden kwiatek: „Koledzy z zespołu mówią, że jak suka nie da, to pies nie weźmie. Nie wolno przyjaźnić się z sukami.” Nie wiem kto wypada gorzej w tej podwórkowej mądrości – kobiety czy mężczyźni, ale wszystko się we mnie oburza na tego typu teksty. Przecież to taka sama logika jak w przypadku powtarzanego często stwierdzenia: „gdyby nie nosiła takiej krótkiej spódniczki, to by jej nie zgwałcili”. Szkoda, że tak inteligentna babka jak Nosowska nie dostrzega tego, że powtarzanie przykrych frazesów o sukach, wywołuje więcej szkody niż pożytku. Nie ma to jak babska solidarność… 

Gdyby ktokolwiek, kto nie ma znanego nazwiska, wysłał tego typu felietony do jakiegokolwiek wydawnictwa, to jestem pewna, że zostałby wyśmiany. A tak wydawca niesiony nową falą popularności Nosowskiej wydał brzydko opakowany produkt książkopodobny, za który woła sobie 40 zł (bez 10 groszy). Najgorsze jest to, że „A ja żem jej powiedziała...” wydaje się faktycznie podobać czytelnikom w rożnym wieku. I choć na pierwszy rzut oka lektura nie wywoła we mnie żadnej refleksji, to jednak mam jedną – ludzie żyją dziś zupełnie bezmyślnie i tłumią w sobie wszystkie skłonności do zadumy, skoro zbiór tak miałkich i byle jakich felietonów wzbudził tyle emocji i okazał się wydawniczym hitem. 

♥ ♥ ♥
Katarzyna Nosowska, A ja żem jej powiedziała…, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz