(s)hit tego lata, czyli „Poświęcenie” Adriany Locke

Powieść „Poświęcenie” amerykańskiej pisarki Adriany Locke w ciągu kilku dni od polskiej premiery podbiła serca czytelniczek. Na blogach i portalach książkowych dziewczyny wymieniają się opiniami, rozpływają w zachwytach, opowiadają o sercach roztrzaskanych na kawałeczki i litrach wylanych łez. I jak to zwykle bywa w przypadku masowej histerii – nie mają racji. Aż dziw bierze, że taka ilość kobiet dała się zaślepić kilku tanim chwytom, bo ta szmira wątpliwej jakości nie reprezentuje sobą żadnych wartości literackich.


Fabuła zapowiada się obiecująco. Julia, młoda wdówka, nie może się otrząsnąć po śmierci ukochanego męża. Przy życiu trzyma ją jedynie pięcioletnia córeczka i walka o zapewnienie bytu dziecku i sobie. Dziewczyna jest sama ze wszystkimi problemami, bo na swoją rodzinę nie może liczyć, a rodzinę męża przez cały czas odpycha. Jednak kiedy na wątłe ramiona Julii spada kolejny cios, bohaterka musi zjednoczyć się ze szwagrem i razem stanąć do walki o to, co kocha najbardziej.

Wielka szkoda, że autorka tak koncertowo zmarnowała potencjał tkwiący w pomyśle na powieść. I nie chodzi tu nawet o przewidywalną fabułę, ale o prostackie wykonanie. Wszystkie wydarzenia poznajmy z pierwszej ręki, a perspektywa zmienia się w zależności od tego, czy do głosu zostaje dopuszczona Julia czy Crew. Pisarka posługuje się prostym stylem, z użyciem języka potocznego, wywodzącego się z ulicy i patologii. W rozmowach postacie obrzucają się przekleństwami bez względu na okoliczności. Gdyby zliczyć wszystkie wulgaryzmy, to bez wątpienia byłoby ich więcej niż spójników, a najczęściej pojawiającymi się słowami są „pieprzony” i „kurewsko”. Autorka robi sporo sztucznego zamętu, ale samej akcji nie ma zbyt wiele, bo Locke stawia na mocne zaakcentowanie przemyśleń i dylematów wewnętrznych swoich bohaterów. Dzięki temu Julia jojczy od pierwszej do niemal ostatniej strony. I choć faktycznie ma sporo powodów do zmartwień, to jest tak irytująco smętną postacią, że aż trudno jej współczuć.

Oczywiście młoda wdówka to anioł nie kobieta, jest super seksowna, wspaniała i nieskazitelna. Nic więc dziwnego, że Crew, czyli ociekający testosteronem byczek i furiat, który nie potrafi kontrolować własnych emocji (jak nic powinien mieć założoną niebieską kartę), przez większość czasu rozmyśla nad tym jak „kurewsko” kocha Julię. Do tego zastanawia się czy to wypada ponownie wiązać się ze swoją eks, która jest jednocześnie żoną jego zmarłego brata. Jest przy tym tak zaborczy, że aż dziw, że nie osikał dziewczyny, żeby oznaczyć swoje terytorium. Dylematy rodem z „Trudnych spraw”, zresztą dialogi na równie wysokim poziomie. Do tego motyw z jego poświęceniem jest tak naciągany jak i cała reszta. Crew walczy w MMA i niemal stawia na szali swoje życie, żeby zdobyć pieniądze potrzebne na leczenie Ever. Bzdura totalna, bo przy oficjalnych walkach, które w dodatku są transmitowane w telewizji, organizatorzy nie mogą sobie pozwolić na starcie, które zakończy się śmiercią albo poważnym kalectwem któregoś z uczestników. Ale dla bajdurzenia autorki nie ma to żadnego znaczenia. 

„Poświęcenie” trudno nazwać literaturą. To byle jak napisane czytadło, które bazuje jedynie na skrajnych emocjach czytelniczek (raczej żaden chłop nie sięgnie z własnej woli po książkę z taką okładką). Adriana Locke gra na uczuciach wyciągając najcięższą artylerię w postaci choroby dziecka. Dramat samotnej matki, która walczy z całym światem zawsze robi wrażenie. I faktycznie powieść mogłaby poruszać najczulsze strony duszy, gdyby nie fatalny styl autorki i patologiczni bohaterowie. Do tego sceny erotyczne, które chyba powinny być piękne i namiętne, są całkowicie pozbawione zmysłowości i subtelnych uniesień. On po prostu wkłada swojego kutasa w jej najciaśniejszą z ciasnych cipkę (jego słowa). Dziewczyny serio was to rusza? Naprawdę robi na was wrażenie facet, który nie potrafi sklecić zdania bez przekleństw i traktuje kobietę jak swoją własność? Jedyną jasną stroną całości jest urocza pięciolatka o dziwnym imieniu Everlight. Ale jedno chore na raka dziecko to za mało, żeby uznać dzieło pani Locke za książkę wartą polecenia.

Ach, i na koniec ostatnia perełka, czyli dedykacja, w której autorka wyznaje szczerą i głęboką miłość swoim dzieciom. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że zadedykowała im książkę, w której mężczyzna mówi o kobiecie: „Pieprzyć ją. Kto potrzebuje laski z idealnymi cyckami, najlepszą dupą, jaką kiedykolwiek widziałem nago, i cipką, która ściska mojego kutasa jak imadło? Nie ja. Nie. Kurwa. Ja.” Hmmmm, aż chce się zawołać – dzięki mamo, jesteśmy wzruszeni.

♥ ♥ ♥
Adriana Locke, Poświęcenie (tyt. oryg. Sacrifice), Poświęcenie (tyt. oryg. Sacrifice), tłum. Klaudia Wyrwińska, wyd. Szósty Zmysł 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz