To miała być lektura na 12 dni, bo z taką myślą została napisana. Plan zakładał niemal dwutygodniowe rekolekcje, których celem jest nawiązanie bliższej relacji z Panem Jezusem. Pewnie da się przeczytać „Panie, ratuj!” tak właśnie po kawałku, ale mi się nie udało. Pochłonęłam tę niewielką publikację łapczywie, w całości, gdyż nie mogłam się oderwać od treści. Od dawna żaden tytuł związany z wiarą nie poruszył mnie tak bardzo i nie narobił tak wielkiego zamieszania w sercu, jak książka Marty Przybyły.