Zwyczajne święte kobiety, czyli jesteśmy o krok od świętości

10 kobiet, 10 biografii, 10 opowieści o zwyczajnym życiu i rozsypanych okruszkach świętości. W publikacji „Zwyczajne święte kobiety” Małgorzata Król zbiera je w jedną wspólną opowieść o kobiecości, codziennej pracy, trosce i oddaniu.

 
 Jej bohaterki różni status społeczny, sytuacja życiowa, wiek. Niektóre umarły młodo, inne doczekały późnej starości. Wszystkie połączyła głęboka wiara w Boga i życie zgodne z przykazaniem miłości. Wierne swoim wartościom, wrażliwe na drugiego człowieka były po prostu dobrymi, serdecznymi osobami. Aż tyle i tylko tyle. Ich historie to piękny przykład na to, że tak naprawdę każdy z nas jest o krok od świętości.

Karolina Kózkówna, Marianna Biernacka, Stanisława Leszczyńska, Cecylia Grabosh, Natalia Tułasiewicz, Hanna Chrzanowska, Wiktoria Ulma, Anna Jenke, Jadwiga Zamoyska, Janina Woynarowska. Niektóre z nich żyją w powszechnej świadomości, inne wciąż czekają na odkrycie. Małgorzata Król przytacza krótkie biografie swoich bohaterek, kreśli tylko najważniejsze wydarzenia z życia, a tym samym zachęca do dalszych poszukiwań, pogłębiania wiedzy i budowania relacji z tymi kobietami, które okażą się szczególnie bliskie czytelniczce.

Moją osobistą bohaterką jest Stanisława Leszczyńska - położna, dla której każda kobieta i każde dziecko były świętością. Dobra, ciepła, oddana, nawet w nieludzkich warunkach obozu zagłady potrafiła stworzyć, na ile to bylo możliwe, godne warunki dla rodzących kobiet. Nie bez powodu więźniarki nazywały ją Mamą. Małgorzata Król powiela jeden z mitów narosłych wokół postaci Leszczyńskiej. Położna z Auschwitz nigdy nie tupnęła nogą przed Mengelem i nie powiedziała słynnych słów: „Nie, nigdy nie wolno zabijać dzieci”. Tzn. powiedziała, ale już po wojnie i nie do dr Mengele. W obozowej rzeczywistości takie bezpośrednie pyskowanie mogło się skończyć tylko w jeden sposób, a przecież Stanisława Leszczyńska wiedziała, że martwa nie będzie mogła pomagać ciężarnym więźniarkom. Dla mnie cała jej historia jest tak poruszająca, niesamowita i pięknie feministyczna, że warto się w nią zagłębić (polecam szczególnie książki „Położna” Marii Stachurskiej oraz „Położna z Auschwitz” Magdy Knedler).

Duże wrażenie zrobiła na mnie również historia Marianny Biernackiej, która oddała życia za życie swojej synowej. Na pewno poszukam na jej temat więcej informacji. Mam też dwa zgrzyty, w sumie związane z podobnymi okolicznościami, a nie samymi bohaterkami. Chodzi o Karolinę Kózkównę i Cecylię Grabosh, które zostały napadnięte przez rosyjskich żołnierzy i zginęły broniąc się przed gwałtem. W przypadku Karoliny w tekście trzy razy podkreślono, że udało jej się zachować dziewictwo, natomiast Cecylia nie chciała pójść z żołnierzami, ponieważ chciała dochować przysięgi wierności swojemu mężowi. Czyli co? Gdyby obie kobiety zostały jednak zgwałcone, to nie zasłużyłyby na świętość? Bo gdyby jednak żołnierze okazali się bardziej cierpliwi i użyli większej siły to czy to by znaczyło, że obie kobiety broniły się za słabo? Ja wiem, że to jest znak czasu, a w obu przypadkach to pewnie słowa z dokumentów procesowych, ale i tak wszystko się we mnie buntuje na tak postawioną sprawę. Pamiętajcie dziewczyny, macie prawo się bronić i walczyć o godność, dla samych siebie, a nie po to, żeby coś komukolwiek udowodnić. Bo Wasza godność jest tak samo ważna, a ciało nietykalne bez względu na okoliczności. 
 


Małgorzata Król zostawia czytelniczkom wolne pole do interpretacji, do czerpania z tych historii tyle ile potrzebujemy, to jednocześnie zaleta i wada tej książki. Zaleta, bo możesz wziąć tyle ile potrzebujesz, a wada, bo marzyłoby mi się, żeby ta książka miała mocny, feministyczny wydźwięk. Żeby mówiła głośno współczesnym kobietom, że świętość osiąga się żyjąc własnym życiem, a nie cudzymi mrzonkami. Poświęcić swoje życie za kogoś, pewnie, to brzmi pięknie i heroicznie, ale nie trzeba bohaterskich gestów, na jakie zdecydowała się Cecylia Grabosh czy rodzina Ulmów. Wystarczy realizować powołanie w miejscu i czasie, w którym jesteśmy. Jak Stanisława Leszczyńska, położna. Fakt, będąc w Auschwitz zrobiła coś wielkiego, ale przecież to było ledwie kilka lat w jej długim życiu i ponad trzydziestoletniej pracy położnej. Pracy, którą wykonywała sumiennie, nie bacząc na to kim są kobiety, którym pomaga. Po prostu robiła co do niej należy, z wielkim szacunkiem do drugiego człowieka. Podobnie Natalia Tułasiewicz, nauczycielka, która poświeciła się pracy z dziećmi. Natalia w przeciwieństwie do Stanisławy nigdy nie wyszła za mąż, bo tego nie chciała. I ta różnorodność kobiecych wyborów jest tutaj piękna, bo nie ma znaczenia, czy jesteś wykształcona, czy z biedą ukończyłaś szkołę, czy opiekujesz się rodziną na pełny etat, czy robisz karierę zawodową, jesteś panną czy mężatką. Nieważne, bo to Twoja historia, złożona z Twoich wyborów. I tylko jedno łączy wszystkie bohaterki Małgorzaty Król – głęboka wiara w Boga. Wiara, która nie ogranicza, ale pomaga rozwinąć skrzydła i dokonywać najlepszych dla siebie wyborów.

„Zwyczajne święte kobiety” to budująca, podnosząca na duchu lektura, która pokazuje, że zwykłe, dobre życie wystarczy, żeby w oczach Boga i ludzi doświadczyć świętości. Cieszę się, że Małgorzata Król wybrała na swoje bohaterki te ciche, trochę zapomniane kobiety, które mogą być dla nas oparciem, a z ich doświadczeń możemy czerpać na różnych etapach życia.

♥ ♥ ♥
Małgorzata Król, Zwyczajne święte kobiety, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2021.

Komentarze