Podszyta poezją opowieść o beskidzkiej wsi, czyli „Pusty las” Moniki Sznajderman

Miewam przebłyski czytelniczej intuicji, kiedy jedno zerknięcie na okładkę i tytuł wystarczą, żeby poczuć to coś i mieć pewność, że to będzie moja książka. Ważna, poruszająca i trafiająca prosto w serce. Dokładnie tak było w przypadku tomiku „Pusty las” Moniki Sznajderman. Jeszcze przed premierą wiedziałam, że muszę ją mieć. A kiedy w końcu zaczęłam czytać, to już po pierwszej stronie przepadłam z kretesem.

„Trudno wyjaśnić to uczucie, że gdy pierwszy raz pojechałam w Beskid Niski, to potem chciałam tam wracać i wracać, aż wreszcie zostać na stałe. Trudno wyjaśnić tę ciemną siłę przyciągania, która w końcu zwyciężyła nad wszelkim rozsądkiem, wytrąciła mnie z trajektorii oczywistego życia i wyciągnęła z Warszawy na to odległe pustkowie z mroczną przeszłością, wyboistą teraźniejszością i niczego nieobiecującą przyszłością. Która kazała mi wziąć w opiekę cudzą historię i zamieszkać w obcym pejzażu, aż nieuchronnie staną się moje. Która kazała mi rozgościć się wśród porzuconych resztek, umościć się w śladach po nieobecnych, otoczyć ich rzeczami i nadać im nowy sens. I obserwować, jak dzieje się nowe życie.” (s. 24)
Monika Sznajderman opowiada o tym, jak postanowiła rzucić wszystko i wyjechać w Beskidy. Nie była to chwilowa zachcianka, ale decyzja podjęta przez zakochaną kobietę. Zakochaną w ziemi, w krajobrazie, ciszy i spokoju. To w małej beskidzkiej wiosce miastowa dziewczyna znalazła swój kawałek świata i zagospodarowała go tak, żeby wieść proste i szczęśliwe życie. Razem z mężem, dziećmi, zwierzętami i wszechobecną naturą. 

Monika Sznajderman snuje swoją opowieść powoli i z rozmysłem. Wątki autobiograficzne splata z opowieścią o ludziach, którzy żyją tuż obok. O sąsiadach, którzy zamieszkiwali Czarne i Wołowiec na wiele lat przed nią. Którzy zniknęli i pozostały po nich zaledwie ślady. Litania nazwisk przypomina płynącą z serca modlitwę, która ma moc zaklinania rzeczywistości i ocalenia tych ludzi od zapomnienia. Mogłabym przysiąc, że trakcie lektury tych fragmentów zamiast papieru czuję pod palcami chłód szklanych koralikach różańca.

Pisarka sięga do archiwów, ksiąg parafialnych, własnej pamięci. Odkrywa koligacje rodzinne, przedstawia fragmenty losów poszczególnych rodzin. Zapełnia pustkę, która w Wołowcu zdaje się być czymś naturalnym. Jakby przyroda triumfowała nad działalnością człowieka, wypierała jego istnienie i zawłaszczała sobie rzeczywistość. Jest w pisaniu Moniki Sznjaderman pogodzenie z losem i łagodność. Jej proza jest subtelnie zmysłowa, nasycona wrażliwością i pięknem, od którego aż serce pęka.
„Mogę tu mieszkać, bo ich już nie ma. Wyjechali.
Najpierw zniknęli oczywiście Żydzi. Bo Żydzi mają to do siebie, że zawsze znikają pierwsi. I to jeszcze mają do siebie, że znikają całkowicie, bez śladu. Nie pozostaje po nich nic, odrobina popiołu może, no ale gdzie go szukać? I co by nam ten popiół powiedział o człowieku, z którego powstał, który mu dał początek?” (s.158-159)
„Pusty las” to intymna, podszyta ciepłem i poetycką nutą opowieść o beskidzkiej wsi, uważnym życiu i powolnym przemijaniu. Czytam kolejne rozdziały z drżeniem duszy, zaznaczam ulubione fragmenty ołówkiem i czuję ogarniający mnie spokój. Wiem, że będę do nich wracać milion razy, otulać się czułością słów jak ciepłym szalem, marzyć, dumać i przeżywać. Aż końcu zapakuję książkę do plecaka i pojadę zobaczyć Beskid Niski na własne oczy. To będzie moja literacka podróż, żeby choć przez moment poczuć, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu. 
„No więc co ja tu robię?, pytam często samą siebie, gdy wokół zapada przedwieczorna cisza, a z łąk nadciągają wilgoć i mgła – tak gęsta i szara, że psa nie odróżnisz od wilka, i czuje się smutek, drżenie i lęk.” (s. 30)
♥ ♥ ♥
Monika Sznajderman, Pusty las, wyd. Czarne, Wołowiec 2019.

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram