Z książkami ilustrowanymi przez Emilię Dziubak mam tak, że nazwisko autora, fabuła, a nawet ogólne wrażenia z historii schodzą na dalszy plan przy olśniewającej szacie graficznej. Tak jest też w przypadku „Biblioteki Astrid”. Wystarczy mi śliczny rudzielec z okładki dotykający się czołem z kotem, żebym marzyła o dołączeniu tomiku do biblioteki Marty.