Uciekłam od szatana, czyli porażająca opowieść o Bożej miłości

Diabeł, szatan, zły duch - jakby go nie nazywać, wysłannik piekła istnieje trochę na granicy świadomości, nawet wśród osób wierzących. Popkultura zrobiła swoje tworząc postać trochę bajkową, złą i przebiegłą, balansującą na granicy, intrygującą w złożoności swojego charakteru. Nawet w Kościele o szatanie nie mówi się przesadnie często, przyznam, że też wolę słychać na kazaniu o Bożym miłosierdziu, niż o straszeniu piekłem. Przez to, odnoszę wrażenie, wszelkie zagrożenia duchowe zostały zepchnięte na dalszy plan. Może to znak naszych czasów? A przecież zagrożenia ze strony złego są jak najbardziej realne, o czym w przejmujący sposób opowiada Michaela w swojej książce „Uciekłam od szatana”.


Michaela (nie rozumiem dlaczego na okładce mamy pseudonim, skoro na drugiej stronie książki podane jest nazwisko autorki z oznaczeniem praw autorskich, ale już dobra) razem z młodszym bratem zostali oddani do domu dziecka. Brak matczynej miłości i odrzucenie, którego dziewczyna nigdy nie mogła zrozumieć, stały się dla niej najgłębszą raną i doprowadziły do tego, że nastolatka sprawiała coraz więcej kłopotów adopcyjnym rodzicom. Ludzie, którzy przygarnęli rodzeństwo nie byli źli, po prostu w latach 80. i 90. nikt nie przygotował ich do nowej roli, nie dał wsparcia psychologicznego i nie próbował tłumaczyć z czym związane są emocjonalne braki u ich córki. Samotna i pogubiona dziewczyna stała się łatwym celem dla sekty satanistycznej i zanim zdążyła się zorientować co robi, oddała swoje życie diabłu. Substytuty miłości, zainteresowania i wsparcia - to wszystko zagwarantowali jej nowi przyjaciele. Michaela zaczęła piąć się w satanistycznej hierarchii. Kolejnym etapem na drodze do sukcesu miało być zadanie specjalne - zabicie kobiety, która w Rzymie zajmowała się ratowaniem młodych ludzi wyrwanych z sekt i uratowanych z ulicy. Plan był prosty i dopracowany w szczegółach. Michaela nie przewidziała tylko jednego, że spotkanie z Veronicą i jej ciepły, serdeczny uścisk poruszą czułe struny w sercu i wleją światło w jej duszę.

„Uciekłam od szatana. Moja walka o wyrwanie się z piekła” nie jest książka, która powstała dla taniej sensacji. To boleśnie szczera, a momentami naprawdę przerażająca historia życia dziewczyny, która dosłownie przeszła przez piekło. Autorka nie epatuje przemocą, opowiada spokojnie i na ile to możliwe bez emocji. W dodatku jestem przekonana, że wygładza swoją relacje, żeby nie obarczać czytelnika obrazkami, które trudno byłoby unieść. A jednak opisy obrzędów satanistycznych i czarnych mszy, konsekwencji płynących z oddania się diabłu, późniejszych egzorcyzmów i walki o duszę kobiet - to wszystko robi piorunujące wrażenie. Każdy szczegół, każdy opis doświadczeń Micheli mocno oddziałują na wyobraźnię odbiorcy i sprawiają, że włos jeży się na głowie. W trakcie lektury miałam w nocy koszmary, choć wydawało mi się, że nie tak łatwo mnie przestraszyć. Dlatego bez grama przesady ostrzegam, to książka tylko dla czytelników o mocnych nerwach, a wszyscy nadwrażliwcy i bardzo empatyczni odbiorcy powinni się zastanowić czy na pewno chcą poczuć na sobie te emocje.

Opowieść Michaeli jest straszna, to prawda, ale pomimo wszystko nie takie jest jej główne przesłanie. Lektura niesie ze sobą nadzieję i światło, bo to pokrzepiająca myśl, że nie ważne jak bardzo zagrzebiesz się w grzechu, jak tragiczne będzie twoje położenie, jak bardzo zawiedziesz świat, ludzi i siebie, Bóg zawsze wybaczy i będzie na ciebie czekał z wyciągniętą ręką. Dlaczego? Bo Bóg jest miłością. I choć historia Michaeli jest tu ekstremalnym przykładem, to wierzę, że każdy czytelnik, który zdecyduje się na lekturę, znajdzie w tej opowieści coś dla siebie, jakiś okruch, który pozwoli zrozumieć, że dobry Bóg kocha zawsze i pomimo wszystko.

♥ ♥ ♥
Angela Calcagno, Uciekłam od szatana. Moja walka o wyrwanie się z piekła (Fuggita da Satana. La mia lotta per scappare dall’Inferno), tłum. Krzysztof Stopa, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2022.

Komentarze