Żegnaj Królowo, czyli „Respect. Życie Arethy Franklin” Davida Ritza

Smutny ten sierpień. Najpierw Kora, później Stańko, teraz Aretha. Wielcy odchodzą, zostaje muzyka. I książki. Publikacja „Respect. Życie Arethy Franklin” Davida Ritza to prawdziwa gratka dla fanów tytułów muzycznych i wszystkich, którzy interesują się kulturą amerykańską. Gdzieś między wierszami autor snuje fascynującą i wielowymiarową opowieść o Ameryce lat ’50, ’60 i ’70. Ale to postać tytułowej bohaterki jest tu najważniejsza, a fakt, że Aretha śpiewa już na tamtym świecie, nadaje dziełu Ritza nowego ciężaru.


David Ritz marzył o napisaniu książki o Królowej Soulu. W pierwszej wersji jego marzenie spełniło się tylko częściowo. Wcielił się w rolę ghostwritera i opowiedział historię Arethy jej własnym głosem. Autobiograficzna książka „From These Roots” była kolejną cegiełką, którą Aretha dołożyła w budowaniu własnej legendy. W trakcie pracy nad książką Ritz nazbierał mnóstwo materiałów, których nie mógł wykorzystać. Królowa zabroniła. „From These Roots” było jej wersją, nieraz rozmijającą się obiektywną prawdą. Diwa powiedziała co chciała, jeszcze więcej przemilczała lub nagięła fakty do własnych potrzeb. Cała sytuacja musiała gnębić Ritza, który w końcu zdecydował się na napisanie nowej, nieautoryzowanej biografii panny Franklin. Cóż, Królowa nie była szczęśliwa, ale w końcu dała autorowi swoje błogosławieństwo.

Efekt końcowy pracy Ritz’a to ponad pięciuset stronicowy, złożony portret Arethy Franklin. Pełen pęknięć, niedociągnięć pędzlem i brzydkich plam. Słysząc anielski głos Królowej Soulu aż serce ściska z zachwytu, a człowiek odnosi wrażenie, że nie jest godzien słuchać jej piosenek. Ale po lekturze „Respect” okazuje się, że Aretha nie była żadną pozaziemską istotą, ale zwykłym, słabym człowiekiem. Trudno jednoznacznie określić artystkę. Na pewno nie łatwo obdarzyć ją sympatią. Bo jak tu lubić kobietę, która dała życie czterem chłopcom, ale nigdy nie była dla nich matką, bo kariera była ważniejsza? Ale to jedno z wielu uproszczeń, bo osobowość Arethy jest zbyt skomplikowana, żeby przyczepić do niej jedną, konkretną łatkę.

Bez wątpienia łatwiej skupić się na negatywnych cechach Królowej - upartej zazdrośnicy gotowej wydrapać oczy własnym siostrom, gdyby ich piosenki okazały się większymi hitami. Niesłownej artystki, która bez poważniejszych powodów potrafiła odwołać koncert, albo wycofać się z ważnego projektu. Chorobliwie ambitnej wokalistki, która zawsze chciała być lepsza od innych piosenkarek i nagrywać same hity. Smutne to wszystko, ale nie należy zapominać, że życie dało jej nieźle popalić. Bo mała Aretha przypominała skrzywdzone kociątko, które marzyło tylko o tym, żeby je ktoś pokochał z całego serca i otoczył opieką. Będąc u szczytu kariery wielokrotnie zmagała się z ciężką depresją, a wypracowany sukces i uwielbienie tłumów nie dały jej prawdziwego szczęścia.

Bardzo interesującym wątkiem w biografii jest opowieść o środowisku gospel, gdzie w muzyce wielbi się Boga, ale w życiu robi coś zupełnie innego. Gdzie nikt nie nazywa seksu z dwunastoletnią dziewczynką pedofilią. Gdzie każdy z każdym może spróbować choćby najbardziej zakazanego owocu. A złoty głos utalentowanej dziewczynki okazuje się jej największym przekleństwem. David Ritz napisał „Respect. Życie Arethy Franklin” z dystansem, choć wyobrażam sobie, że wcale nie było mu łatwo wyciszyć emocje i postawić na zimny profesjonalizm. To zdecydowanie najmocniejsza strona tej publikacji. Bo na literackie uniesienia, żarciki, anegdotki i wzruszenia radzę się nie nastawiać.

♥♥♥
David Ritz, Respect. Życie Arethy Franklin (tyt. oryg. Respect: The Life of Aretha Franklin), tłum. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz