Cierpki smak dojrzewania – „Ostatni dzień lata” Joyce Maynard

Na zakończenie wakacji przeczytałam sobie „Ostatni dzień lata” Joyce Maynard, amerykańskiej pisarki znanej też z tego, że była dziewczyną Salingera. Przed przystąpieniem do lektury nie miałam żadnych oczekiwań, liczyłam jedynie na chwilę niezobowiązującej rozrywki. Joyce Maynard zaskoczyła mnie totalnie, bo jej powieść zrobiła na mnie gigantyczne wrażenie i sprawiła, że przez kilka dni myślałam tylko o Adele i Franku.


Narratorem powieści jest 13-letni Henry. Cichy, spokojny i trochę dziwny chłopiec, który nie dość, że opiekuje się cierpiącą na depresję matką, to jeszcze musi sobie radzić z budzącą się seksualnością, która mąci mu w głowie i wprawia w zakłopotanie. Adele, matka Henry’ego, od lat nie rusza się z domu. Wychodzi jedynie raz w miesiącu na zakupy. Z ojcem i jego nową rodziną trzynastolatek widuje się raz w tygodniu, a w czasie tych spotkań musi bronić matki i kłamać tacie, że mama świetnie sobie radzi. Wszystko zmienia się dzień przed długim, upalnym weekendem z okazji Święta Pracy, kiedy ranny mężczyzna prosi Henry’ego i jego matkę o podwózkę. Tym sposobem Frank trafia do domu Adele, przyznaje się, że jest zbiegiem poszukiwanym przez policję i nie oczekując wiele prosi o pomoc.

Dalsza fabuła obejmuje pięć kolejnych dni, które będą przełomowe dla chłopca i jego matki. Adele pierwszy raz od wielu lat uwierzy w siebie i zrozumie, że jeszcze ma szansę na miłość. Nawet jeśli jej wybrankiem zostaje człowiek odsiadujący wyrok za morderstwo. Natomiast Henry po raz pierwszy zobaczy w swojej mamie kobietę, która może pociągać mężczyzn. Zazdrość o Adele i decyzje, które podejmie będą miały wpływ na całe jego późniejsze życie. Tym samym „Ostatni dzień lata” to jedna z najlepszych książek o szybkim i bolesnym dojrzewaniu jakie czytałam.

Nie da się ukryć, że Joyce przesadziła w kilku miejscach. W końcu trudno uwierzyć, że mężczyzna po operacji wycięcia wyrostka i ze zranioną nogą tańczy, sprząta, gotuje, ciężko pracuje w ogrodzie, a do tego każdej nocy spełnia się jako kochanek. Zaczęłam nawet podejrzewać, że Frank jest robotem, bo żaden człowiek nie wytrzymałby takiego wysiłku. Zdecydowanie autorkę poniosła fantazja. Wątpliwości wzbudza również moment, w którym Adele bez gadania zgadza się przyjąć pod swój dach pokrwawionego, obcego mężczyznę. Chociaż w tym momencie może zawodzić narracja Henry'ego, bo tłumaczę sobie, że to on, dzieciak, nie zauważył strachu i wahania na twarzy matki.

Atmosfera powieści jest duszna i gęsta od wszechobecnego napięcia erotycznego. Ale Joyce Maynard w umiejętny sposób kusi również smakami i zapachami. Henry przedstawia otaczającą go rzeczywistość w trochę nieporadny sposób. Z jednej strony jest dojrzalszy od swoich rówieśników i wie o rzeczach, w które nie powinno się wtajemniczać chłopca w jego wieku, a z drugiej czytelnik musi sobie wiele spraw dopowiedzieć, bo narratorem jest samotny, zagubiony dzieciak, który ma za dużo na swojej głowie.

Mimo kilku niedociągnięć, albo raczej nieprzemyślanych momentów, opowieść wymyślona przez Joyce Maynard jest po prostu świetna. Osobista historia Adele złamała mi serce. Przypadek Franka również jest wstrząsający, ale trochę bardziej hollywoodzki. Nawet ogrom nieszczęść, który spadł na bohaterów w młodości nie wydaje mi się nieprawdopodobny. Życie bywa koszmarne, a w przypadku tej dwójki los zakpił sobie okrutnie. „Ostatni dzień lata” to wyjątkowo dobra powieść o miłości, zazdrości i dorastaniu. Ale przede wszystkim to wzruszająca historia dwóch samotności, które spotykają się przypadkiem i dają sobie nadzieję na odrobinę szczęścia.

♥♥♥
Joyce Maynard, Ostatni dzień lata (tyt. oryg. Labor Day), Muza, Warszawa 2014.

3 komentarze:

  1. Tak mi się kojarzy, że czytałam tę książkę (albo chociaż zaczęłam czytać) ale nie jestem pewna. W każdym razie fabuła jest dziwnie znajoma...
    A jaką lekturę wybierzesz na początek września?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama jeszcze nie wiem... Mam rozgrzebane ze trzy lub cztery i nic nie mogę skończyć :)

      Usuń
  2. Bardzo ładny tytuł, lubię takie poetyckie tytuły :)

    OdpowiedzUsuń