Wojenna opowieść z niewykorzystanym potencjałem, czyli „Dodatkowa dusza” Wioletty Grzegorzewskiej

Wydawnictwo literackie

Połączenie talentu Wioletty Grzegorzewskiej i mojej ulubionej tematyki wojennej powinny gwarantować lekturę pełna wzruszeń, emocji i literackiego piękna. I choć w „Dodatkowej duszy” znajdziemy te trzy elementy, to jednak jest ich za mało i za bardzo rozpływają się w niejakiej fabule, żeby można było uznać lekturę za rzecz godną polecenia.


Żal mi tej powieści, niewykorzystanego potencjału i tej iskry, którą ma pisanie Grzegorzewskiej, a która rozbłysła tu tylko na moment. Pisarka zaczęła wspaniale i całkiem po swojemu. Bo oto z transportu wiozącego Żydów do Treblinki ucieka Julian Brzeziński. Mężczyzna zostawia w pociągu ukochaną żonę oraz brata i jego rodzinę, jednak w tym momencie ważniejszy jest trzynastoletni syn, który ukrywa się w Warszawie. Brzeziński ucieka i trafia do gospodarstwa ludzi, którzy pomagają mu w powrocie do stolicy. Nie robią tego za darmo, ale dla całej historii nie ma to większego znaczenia. I do tego momentu jest dobrze. Pisarka prowadzi nas przez świat pogrążony w chaosie, ale zwraca uwagę na drobiazgi, które budują klimat. Jak zabłąkany listek wpadający do wagonu wiozącego ludzi na śmierć. 

„Nieopodal, przy świecącym pustką sklepiku, w spływającym pomyjami rynsztoku babie lato snuło się na łapkach zdechłego kruka.” 

To moje ulubione zdanie z całej powieści. Tylko Grzegorzewska potrafi tak pięknie połączyć subtelność babiego lata z rynsztokowym smrodem. Pierwszy rozdział jej powieści odczuwa się wszystkimi zmysłami i patrzy się na świat, jak gdyby widziało się go po raz pierwszy. Niestety bohater dociera do Warszawy trochę za szybko, bo od tej pory jest już tylko gorzej.

Historia Juliana i Marcina została oparta na faktach. Pomysł na powieść o ojcu, który ryzykuje wszystko, żeby ocalić swojego syna brzmi wspaniale. I ta opowieść miała szansę stać się przejmującą lekturą, gdyby nie fakt, że Grzegorzewska zaraz na początku zrezygnowała ze swojej charakterystycznej maniery i odarła „Dodatkową duszę” z całej literackiej magii, stawiając na konkrety. Przez to jej utwór stoi gdzieś w rozkroku między powieścią a literaturą faktu, nie będąc do końca ani jednym, ani drugiem. To znaczy gatunkową jest powieścią, ale dla mnie to nie jest literatura piękna. Rażą przede wszystkim drętwe i nienaturalne dialogi, sztuczne wtrącenia, tylko po to, żeby coś dopowiedzieć, brak emocji między bohaterami, fabularne uproszczenia, bo dziwnym trafem w okupowanej Warszawie wszystko się Brzezińskiemu udaje, a także co dwie strony zaznaczony upływ czasu (10 minut później, dwie godziny później, tydzień później i tak wkoło). Z tego powodu trudno wczuć się w przeżycia bohaterów, poczuć ich emocje, zaangażować się w ich relację, czy choćby przejąć ich losami. Czyta się szybko i nic ponadto.

Szanuję fakt, że pisarka chciała ocalić od zapomnienia opowieść o wojennych losach trzynastoletniego chłopca i jego ojca. Że portret Marcina poruszył jej serce i zawładnął myślami. Wielka szkoda, że nie uniosła tematu. To trochę tak jakby starała się za bardzo, chcąc opowiedzieć jak było, a zapominając przy tym, żeby mówić własnym głosem. Przez to zabrakło wzruszeń i emocji, które targałyby czytelnikiem. A przynajmniej mną, bo spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami na temat powieści. Dlatego jeśli jesteście oczytanie w tematyce II wojny światowej, możecie sobie „Dodatkową duszę” odpuścić. Nie wnosi nic nowego. Natomiast powieść polecam tym czytelnikom, którzy sięgają po literaturę okołowojenną okazjonalnie, każda taka historia zasługuje na pamięć.


♥ ♥ ♥

Wioletta Grzegorzewska, Dodatkowa dusza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram