Bliskie sercu wspomnienia, czyli „Grochów” Andrzeja Stasiuka

„Ile razy przypominam sobie ostatnie rozmowy z osobami, co już w niewidzialny świat odeszły...”. Te słowa Norwida z „Czarnych kwiatów” idealnie oddają charakter mojej ulubionej książki Andrzeja Stasiuka. Bo opowiadania zawarte w tomiku są niczym innym, jak tylko wspomnieniem.


W pierwszej opowieści pisarz wraca do czasów dzieciństwa i wspomina swoją babkę z Podlasia.„Babka wierzyła w duchy”, zaznacza Stasiuk. Spokojnie i bez większych emocji akceptowała ich obecność. Śmierć babki była dla małego Andrzeja pierwszym tego typu doświadczeniem, które na zawsze zapisało się w pamięci.

Drugie opowiadanie poświęcone jest Augustynowi – pisarzowi z Izdebek. Może nie przyjacielowi, raczej znajomemu, koledze po piórze. „Pięć, sześć, siedem spotkań w życiu. Zawsze potem jest za mało. Zawsze potem widać, że trzeba było częściej”. Augustyn miał wylew. Leżał całą noc zanim ktoś go znalazł. Zanim umarł przeszedł przez szpital i dwa domy opieki. Do końca nie tracił pogody ducha, a w oczach błyszczały mu diabelskie iskierki. 
„I śmiech, śmiech jako ostatnia deska ratunku przed nadciągającą nicością”.
Trzecia historia, od której właściwie można już nie chować chusteczek, poświęcona jest psu – starej suce rodziny Stasiuków, która przeżywszy swoich kilkanaście lat powoli żegna się ze światem. Ludzie proponują skrócenie choroby zwierzęcia poprzez uśpienie, „nikt nie mówi zabić”. Jej ciche, powolne odchodzenie zmusza autora do przemyśleń natury egzystencjalnej, do zadumy nad życiem, śmiercią i samotnością.
„Nawet teraz czasem mnie irytuje. Tak jakby starzała się i niedołężniała przeciwko nam, jakby robiła to na złość. Mijam ją kilkanaście razy dziennie, przestępuję przez udręczone ciało i są chwile, gdy czuję ukłucie zniecierpliwienia. Tak jakby razem z jej życiem stygły we mnie dobre uczucia dla niej. Jest w tym jakieś niezależne okrucieństwo. Pochylam się i głaszczę. To, co kiedyś było odruchem, staje się świadomą czynnością”.
Ostatnie opowiadanie, tytułowy „Grochów”, to najmocniejsza historia z całego tomiku. Stasiuk wspomina swojego przyjaciela z lat szczeniackich. Najpierw wspólnie włóczyli się po Warszawie, później po Polsce, a w końcu po Europie. Taka przyjaźń na całe życie. Bezinteresowna i naturalna jak oddychanie. Wydawało im się, że są wiecznie młodzi, nieśmiertelni. Az w końcu, na jednej z wielu wypraw, przyjaciel zwierzył się ze swojej śmiertelnej choroby. Od tamtej pory kumpel oddalał się coraz bardziej, ostatnią podróż musiał odbyć zupełnie sam.
„Więc jak to jest, że wszystko trwa, a my zostajemy coraz bardziej sami? Jak on z każdym dniem. Tak myślę, bo przecież trudno jest z kimś dzielić powolną śmierć. Zwłaszcza z kimś, z kim się tylko żyło”.
Cztery opowieści zajmujące zaledwie dziewięćdziesiąt cztery strony to prawdzie mistrzostwo. Minimum treści, maksimum uczuć. Piękne, literackie zdania, mocno zakorzenione w codzienności. Zwyczajne i ulotne jednocześnie. Nawet wyrwane z kontekstu zachwycają i sprawiają, że litery rozmywają się ze wzruszenia. I nie ma znaczenia, czy czytamy „Grochów” po raz pierwszy, czy po raz setny. Od 7 lat (to już 7 lat!) wracam do tego niewielkiego tomiku regularnie i nadal porusza mnie go głębi, mocno ściska serce i kołysze łzami w łódeczkach powiek.

Temat śmierci i ogólnie radzenia sobie ze śmiercią kogoś, kogo się kochało, jest mi wyjątkowo bliski. Jakkolwiek to zabrzmi najbardziej lubię właśnie książki o umieraniu, a „Grochów” wciąż pozostaje najdroższą mojemu sercu. Nawet jeśli trochę literacko zabajerowaną, żeby było ładnie. Zawsze w trakcie lektury wydaje mi się, że myśli autora są moimi myślami, opisane łzy – moimi łzami. Niezmiennie tulę do serca, kocham i polecam. Do czytania na dziś, na jutro, na zawsze.

♥ ♥ ♥
Andrzej Stasiuk, Grochów, wyd. Czarne, Wołowiec 2012.

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram