Czeski pokój, spokój i wkurzony pisarz - „Aleja Narodowa”, Jaroslav Rudiš

„Adolf Hitler uratował mi życie.
Wiem, co chcesz powiedzieć. Ale nie mów nic.” (s. 9)

Tym mocnym wstępem Jaroslav Rudiš rozpoczyna swoją powieść „Aleja Narodowa”. Zaczyna się ostro, choć trochę niepoważnie, bo główny bohater w opowieści-monologu, twierdzi, że nie jest narodowcem, ale ostatnim prawdziwym Czechem. Wbrew pozorom Vandam nie jest napakowanym tępakiem, ale całkiem rozsądnym facetem, który wie, że pokój jest tylko przejściowym stanem, po którym znów przyjdzie jakaś wojna, dlatego człowiek musi być gotowy do walki. Jeśli zajdzie taka potrzeba będzie on walczył i bronił swojej małe ojczyzny, kawałka ziemi, na którym stoi jego osiedle. Z czasem pozornie błahe wątki i wydumane przemyślenia bohatera zaczynają układać się w zaskakująco mocną całość.


Tytułowa Aleja Narodowa ma charakter symboliczny, bo to właśnie tam w 1989 r. odbyła się pokojowa demonstracja studentów, która została brutalnie stłumiona przez policję, co doprowadziło do rozpoczęcia Aksamitnej Rewolucji. Wszyscy bohaterowie zgodnie przyznają, że byli wtedy na miejscu. Vandam twierdzi, że on pierwszy zadał cios, ale prawda, która wychodzi na jaw jest nieco odmienna (zarówno jeśli chodzi o Vandama, jak i pozostałych bywalców knajpy). Tym samym Rudiš pije do swoich rodaków, wytyka im zakłamanie, mylnie pojmowany patriotyzm, brak jakichkolwiek konkretnych poglądów i stanie w nieustannym rozkroku, tak, żeby dogodzić wszystkim i nie narazić się nikomu.

Można odnieść wrażenie, że Rudiš pisał swoją powieść maksymalnie wkurzony na swoich i na cały świat. Bo dostaje się nie tylko Czechom, zajadającym się knedlikami, popijającym piwo i wykręcającym się czeskim humorem, ale i nam wszystkim. Nam żyjącym w postkomunistycznej rzeczywistości, zapatrzonym w kapitalizm, zajętych konsumpcjonizmem. Nie stać nas już na głębszą refleksję. Nawet jeśli gdzieś tam pojawia się miłość, to jest trochę pokraczna, odarta z czułości i romantyzmu. Jak wszystko, jak współczesny nam świat.

„Aleja Narodowa” w mojej opinii nie jest najlepszą powieścią Rudiša. „Koniec punku w Helsinkach” i „Cisza w Pradze” zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie, mocno chwyciły za serce i natychmiast wskoczyły do grona książek ulubionych, tych, do których warto wielokrotnie wracać. Ale muszę przyznać, że żadna wcześniejsza powieść czeskiego pisarza nie była tak mocna, sugestywna i zaskakująca. Można w niej odnaleźć typowe dla Rudiša motywy, bo wciąż gdzieś tam czai się przewrotny humor, a Vandam swoim oderwaniem od rzeczywistości przypomina mi trochę Olego i Fleischman, ale bez ich budzącej czułość wrażliwości.

W swojej najnowszej powieści Jaroslav Rudiš nakręca spiralę, w którą wpada się z łatwością. Strony same uciekają spod palców, a coraz bardziej nabuzowany i wkurzony czytelnik dociera do zakończenia, które totalnie zmienia odbiór całej opowieści Vandama. Właśnie końcówka jest najmocniejsza i najbardziej wytrącająca z równowagi. Kawał świetnej roboty! I tylko jedno nie przestaje mnie denerwować. Dlaczego, ach dlaczego, „Aleja Narodowa” ma tylko nieco ponad 160 stron? Przecież tak się nie robi! Pozostaje mi jedynie popyskować na czeskiego pisarza i się zamknąć. Bo nie ważne na ilu stronach, ale Rudiš jak zwykle pokazał klasę i udowodnił, że jest świetny w tym co robi.

♥ ♥ ♥
Jaroslav Rudiš, Aleja Narodowa (tyt. oryg. Národní třída), tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz