Po cichu… - „Cisza w Pradze”, Jaroslav Rudiš

Piękna i wspaniała powieść. Przecież nie może być inaczej, w końcu to Jaroslav Rudiš. Jego „Cisza w Pradze” już w trakcie lektury stała stała się jedną z moich ulubionych książek, bo poruszyła najczulsze struny w moim sercu. I choć dobrą literaturą należy się dzielić, to zazdrośnie chciałabym schować ją przed światem, żebym mogła mieć ją tylko dla siebie.

„Może ma rację. Może jest zbyt młoda i niedojrzała, skoro bawi ją wzruszanie się cudzymi opowieściami i uczuciami w książkach, filmach i piosenkach. Skoro bawi ją szukanie w nich odrobiny siebie.”
Ludzie są ważni, a Rudiš lubi o tym opowiadać. Po raz kolejny czeski pisarz stworzył galerię nieprzeciętnych, wrażliwych i lekko zdziwaczałych postaci. Petr, Vanda, Hana, Wayne i Vladimír są samotni. Każde z nich na swój własny sposób próbuje sobie poradzić ze smutkiem siedzącym na dni serca. Ich losy krzyżują się gdzieś w Pradze, mieście – muzeum, które według jednego z bohaterów śmierdzi, bo jest w stanie rozkładu. Vanda szuka pocieszenia w zakupach, białym proszku i szybkim seksie. Petr zagłusza natrętne myśli zbyt głośną muzyką. Hana niespodziewanie odkrywa w sobie namiętność, a Wayne martwi się o rodzinę, od której uciekł. Natomiast Vladimír sprawia wrażenie nieszkodliwego wariata, który dzięki ostrym nożyczkom ratuje innych od hałasu.
„Wiesz, że nigdy za dużo nie czytałam. A w dodatku o matematyce! Poza tym, czytałam gdzieś, że ludzie, którzy dużo czytają, próbują sobie coś tym czytaniem zrekompensować, coś czego im normalnie w życiu brak, na przykład szczęście. Ty dużo czytasz, nie?”
Muzyka jest jednym z najważniejszych tematów w prozie Jaroslava Rudiša. Wiem, że sama nie potrafiłabym bez niej żyć. Kolejne piosenki układają się w soundtrack towarzyszące mojej własnej historii, dlatego nie ruszam się z domu bez telefonu i słuchawek. Ale nie tylko ja, bo „Cisza w Pradze” uświadomiła mi, że nie potrafimy już żyć w ciszy. Świat wytwarza tyle hałasu, że zawsze coś gdzieś słychać, a rzadkie chwile ciszy powodują niepokój, który natychmiast zagłuszamy muzyką. Słuchawki w uszach oddzielają od świata i ludzi, a nawet od własnych myśli. Tworzą barierę, dają jasny komunikat, potęgują samotność, od której tak trudno się uwolnić.
„Okno jest jeszcze wciąż otwarte. Do środka wpływa chłodne powietrze, przynoszące powoli jesień. Zawsze lubił ten czas przełomu, kiedy coś już się kończy, a coś jeszcze właściwie się nie zaczyna. I jak tylko się zacznie, ciągle jeszcze można czuć to, co się kończy – niewidzialną nić powracającą jak echo z lasu wspomnień.”
„Cisza w Pradze” to wyśmienita proza. Rudiš znów pokazał klasę i rozbroił mnie emocjonalni. Wszystko za co kocham jesień znalazłam w jego powieści. W trakcie lektury było mi jednocześnie smutno i wesoło, źle i bardzo dobrze. Były momenty, w których nie byłam pewna, czy wolałabym się śmiać czy płakać. Całą powieść czytałam z wypiekami na twarzy, delikatnym uśmiechem i łezką wzruszenia kołyszącą się w kąciku oka. Bo to naprawdę piękna i przejmująca opowieść o samotności i potrzebie bliskości. O szukaniu własnego miejsca w życiu i pragnieniu miłości. Historia wymyślona przez Rudiša jest smutna, ale nie przygnębiająca, bo gdzieś w głębi tli się iskierka nadziei. Autor pozostawił czytelnikom otwarte zakończenie. To od nas zależy jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Nie zdradzę jaki scenariusz sobie wymyśliłam, ale jeśli chcecie wiedzieć, to Vanda i Kill the Barbie przyjadą w czerwcu na pierwszy koncert w Polsce…

PS
W pewnym momencie Vanda zaprasza Petra na koncert swojej kąpieli. Kill the Barbie będzie supportowac niemiecki zespół U-Bahn, czyli kapelę bohatera debiutanckiej powieści Rudiša „Niebo pod Berlinem”. To drobne i nieistotne dla rozwoju fabuły nawiązanie sprawiło mi ogromną frajdę.

♥ ♥ ♥
Jaroslav Rudiš,
Cisza w Pradze (tyt. oryg. Potichu), tłum. Katarzyna Dudzic, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2014.

1 komentarz: