Życie po stracie - „Dziecko w czasie” Iana McEwana

 

Na początku lipca wydawnictwo Albatros przypomniało powieść „Dziecko w czasie”. Proza Iana McEwana latem smakowała wybornie, ale jej klimat zdecydowanie bardziej pasuje do jesiennej melancholii, niż gorących swawoli. Dlatego jeżeli jeszcze nie czytaliście dzieła Brytyjczyka to teraz jest na to idealny moment. 


„Dziecko w czasie” zawiera w sobie sumę strachów każdego rodzica. Pewnego dnia Stephen Lewis zabiera swoją trzyletnią córkę na zakupy do supermarketu. W jednej chwili mała bawi się przy kasie, a za moment znika bez śladu. Nikt nie wie co się stało. Prawdopodobnie ktoś porwał dziewczynkę, ale policja nie potrafi tego jednoznacznie stwierdzić. To tragiczne zdarzenie pociąga za sobą szereg druzgocących skutków w całym życiu Stephena. 

Ian McEwan połączył w swojej powieści trzy wątki. Pierwszym i najważniejszym są przeżycia Lewisa po utracie córki. Desperacja, wyrzuty sumienia, nadzieja na odnalezienie dziecka mieszają się z codziennością, w której ani on, ani jego żona nie potrafią się odnaleźć. Mężczyzna nie ustaje w poszukiwaniach, kobieta zapada się w sobie. Rozpacz, zamiast łączyć, dzieli ich coraz bardziej, odpycha od siebie i niweczy dobre wspomnienia. Bo czy bez dziecka nadal są rodziną? Zdaje się, że to pytanie dotyka najbardziej, brutalnie wwierca się w umysł i zmusza czytelnika do postawienia się w sytuacji bohaterów. 

Mimo tragedii, która spada na rodzinę Lewisów świat nie przestaje się kręcić, a kolejne tygodnie i miesiące przynoszą ze sobą nieoczekiwane wydarzenia. Bo następnym wątkiem poruszonym przez Brytyjczyka jest historia przyjaciela Stephena, który porzuca swoje dotychczasowe życie i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko. Buduje domki na drzewach, bawi się beztrosko i ma w nosie dorosłe zmartwienia. To mentalne zdziecinnienie, zerwanie z utartymi konwenansami, wyjście poza schemat, podążanie za głosem serca i zwichrowanego umysłu jest jednocześnie zaskakujące i szokujące. Tym bardziej, że dotychczas życie osobiste i kariera polityczna Charlesa kwitły. I tu zaczyna się trzeci motyw, czyli polityka i obrady komisji do spraw rozwoju i edukacji dzieci. Tak śmiertelnie nudne i nic nie wnoszące do powieści, że szkoda zawracać sobie nimi głowę.

Benedict Cumberbatch zerkający z okładki filmowego wydania niejako narzuca czytelnikowi obraz głównego bohatera. Nie ma w tym nic złego, tym bardziej, że wyobrażenie sobie brytyjskiego aktora jest przyjemnym zajęciem, a w tym przypadku przebija nawet lekturę powieści. To nie znaczy, że „Dziecko w czasie” to zła książka, bo to naprawdę świetna literatura. Ale... Gdyby McEwan wyciął wstawki polityczne, a nawet darował sobie wątek Charlesa i skupił się jedynie na przeżyciach wewnętrznych Stephena po utracie córki, to otrzymalibyśmy dzieło wybitne. Napisaną przepięknym, literackim językiem, wzruszającą do głębi opowieść o radzeniu sobie z najdotkliwszym rodzajem straty i desperackich próbach sklejania roztrzaskanego życia. Wielka szkoda, że pisarz ukrył to co w jego książce najlepsze pod nawałem nużących i nieistotnych słów.

♥ ♥ ♥
Ian McEwan, Dziecko w czasie (tyt. oryg. The Child in Time) tłum. Marek Fedyszak, wyd. Albatros, Warszawa 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz