Otwarci na miłość, czyli rzecz o budowaniu więzi

„Otwarci na miłość” ks. Krzysztofa Grzywocza oraz Moniki i Marcina Gajdów, to książka, którą zaczęłam czytać z prawdziwym przejęciem i zakreślaczem w dłoni, żeby zapamiętać na przyszłość słowa, które mnie dotykają. Do czasu, bo jeden fragment zupełnie zepsuł mi obraz całości. Dlatego dla samej siebie oddzielam dwie części tej publikacji – duchową i świecką, polecając pierwszą, a nad drugą stawiając ogromny znak zapytania.

„Wierzę w Boga, który jest delikatny, który przytula mnie jak pasterz swoją owcę i pociesza do głębi mojego serca.”
Słowa ks. Krzysztofa Grzywocza z pierwszej części „Otwartych na miłość” trafiły prosto w moje serce i pozwoliły mi poczuć się duchowo zaopiekowaną. Dzięki nim złapałam równowagę, dystans i poczułam jak moje wnętrze napełnia się ciepłem. Na pewno sięgnę po kolejne teksty, które ks. Krzysztof po sobie pozostawił. Takich mądrych, wrażliwych ludzi chcę czytać. W swojej książce duchowny porusza szereg problemów trapiących szarych ludzi, które można sprowadzić do jednego hasła, jakim jest miłość. Ta najważniejsza i najgłębsza, która nadje sens życiu i ustawia wszystko na właściwych pozycjach. Mieszczą się w tej miłości wiara i ufność, czułość i współczucie, które pomagają budować głębokie więzi prowadzące do Boga. Bo jak przekonuje autor: „To jest prawda najwyższego rzędu, stajemy się osobą jedynie przy drugim człowieku...”. I nie chodzi tu nawet o relacje rozumiane w kontekście związku między kobietą i mężczyzną, choć im również ks. Krzysztof poświęca miejsce. W prosty i dosadny sposób autor uświadamia, że bliska i głęboka więź z małżonkiem jest możliwa tylko gdy zaakceptujemy fakt, że kochając człowieka, musimy również zaakceptować jego historię i cierpienia, których doświadczył. Bo: „Największym zagrożeniem dla małżeństwo jest fakt, że ludzie,wchodząc w związki, nie biorą pod uwagę tego, że pojawi się cierpienie”.
„Nasze ludzkie, głębokie wzajemne więzi są drogą, którą przechodzi on - Mesjasz, Bóg, Ten, na którego czekam.”
Takie morze empatii i głębokie zrozumienie ludzkich słabości znalazłam do tej pory tylko u ks. Józefa Tischnera i ks. Jana Twardowskiego. Jak pisał ten drugi: „Są takie chwile kiedy się odchodzi/ od Aniołów Stróżów nawet Cherubinów/ od tych co wysoko/ od tych co w pobliżu - do Jezusa człowieka/ niziutko na ziemi”. I ks. Grzywocz zdaje się rozumieć, że wiara ma swoje wzloty i upadki, a jednak nie ocenia i nie potępia. Jest obok i tak przejmująco opowiada o Tym, który jest Miłością. Pierwsza część tomiku „Otwarci na miłość”, to jedna z najcenniejszych książek o wierze, które czytałam.
„Czekam na Boga, który odpuści mi grzechy, przebaczy, który nie będzie zgorszony moim życiem, nie odejdzie rozczarowany. Nie ma takiego grzechu, którego Jego miłość nie mogłaby ogarnąć. Żaden mój grzech nie może zniszczyć Jego miłości do mnie. Czekam na Boga, dla którego moje grzechy nie będą granicą. Dla Niego istotą miłości jest nie tylko dialog (który często przerywam), ale także milcząca wierność, gotowa na samotność. Wyglądam Tego, który jest wierny, nawet gdy ja odchodzę i długo nie wracam”.
 
Z drugą częścią nie jest mi już tak po drodze. A wszystko za sprawą jednej, felernej wypowiedzi Marcina Gajdy.
„Jechałem kiedyś pociągiem w jednym przedziale z chłopcem, który - w moim przekonaniu - był niejako „kastrowany” przez mamę i babcię. Kobiety bez przerwy pytały go, czy nie jest głodny, czy chce danonka, a może bananka, a we mnie cały czas rósł gniew, bo widziałem, jak chłopiec przestaje być mężczyzną (czy nawet nie ma szansy się nim stać).”
Ale to jeszcze nic, bo oto mamy dalszą część tej historii:
„Akurat tak się złożyło, że czytałem w tym czasie książkę „Moje indiańskie dzieciństwo”, w której bohater opisywał swoje doświadczenia. Jego rodzice zmarli, więc wychowywała go babcia. Potrafiła powiedzieć mu” „Przez najbliższe dwa albo trzy dni nie będziesz nic jadł, możesz tylko pić”. Nie dlatego, że nie mieli jedzenia, ale ponieważ babci zależało na tym, żeby wychować mężczyznę, który będzie umiał znosić uczucie głodu, będzie przygotowany na taką możliwość, w razie gdyby kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji. Nie chodzi oczywiście o to, że mamy w podobny sposób głodzić dzieci, ale chyba każdy potrafi zobaczyć różnicę pomiędzy starą Indianką a kobietami z pociągu. Które z nich wychowają silniejszego, bardziej zrównoważonego emocjonalnie i dojrzalszego człowieka?”
Kilka stron dalej autorzy przytaczają historię mężczyzny, który nie potrafił zrozumieć dlaczego żona się na niego obraziła za to, że kupił jej w prezencie urodzinowym kosz na brudną bieliznę, a przecież widząc go w sklepie mówiła, że ładny. Wiecie dlaczego, drodzy Państwo? Ponieważ na tym facecie stosowano zimy wychów. Nikt go nigdy nie nauczył uważności i empatii, tego, żeby do kochanej osoby podchodzić z czułością, a nie tylko zadaniami do wykonania. Języki miłości, jakimi się posługujemy, to jedno, ale wychowanie i uczenie miłości, to drugie. I tę pracę trzeba wykonać od małego. Bo może ten chłopiec z opowieści pana Marcina będzie „wykastrowany” jako „prawdziwy” (a fuj!) mężczyzna, ale dzięki troskliwości mamy i babci nauczy się zauważać, że ktoś jest zmęczony, głodny, smutny. Dlatego wbrew słowom autora polecam wszystkim serdecznie książkę „Jak być prawdziwym mężczyzną” Scotta Stuarta, żeby w końcu zerwać ze szkodliwym mitem „prawdziwego” mężczyzny i pozwolić chłopcom na słabość i okazywanie uczuć.

W dalszej części rozdziału drugiego pada sporo dobrych i sensownych słów, jak choćby te o rozwoju wewnętrznym, stawianiu granic, mądrym odpuszczaniu relacji, które ranią i oczywiście o wierze, bo wszystkie przemyślenia autorzy podpierają stosownymi cytatami z Biblii. Trudno odmówić państwu Gajdom wiedzy i doświadczenia, a także lekkości w formułowaniu wypowiedzi. A jednak pan Marcin tak mnie zirytował swoim tekstem o mamie i babci z pociągu, że nie potrafiłam czytać kolejnych tekstów bez poczucia zniechęcenia. Oczywiście, że nadopiekuńczość i ciągłe wiszenie nad dzieckiem nie prowadzą do niczego dobrego, ale dało się o tym powiedzieć w inny sposób, a nie powołując się na wzór męskości i niemal wyśmiewając obce kobiety z pociągu. Naprawdę, nie spodziewałam się tak oceniającej i niesprawiedliwej wypowiedzi, głoszonej bez znajomości historii tej rodziny i problemów, z jakimi mierzą się na co dzień, podkreślonej tym okropnym hasłem o kastrowaniu i połączonej z opowiastką o głodzeniu dzieci. I to jeszcze strony człowieka aspirującego do roli autorytetu. Dla mnie to jednak za dużo, dlatego nie potrafię tak z ręką na sercu polecać drugiej części „Otwartych na miłość”. Początek ks. Grzywocza jest fenomenalny, na pewno będę wracać do zaznaczonych fragmentów wielokrotnie. Natomiast część świecka – nie wiem. Zdecydujcie sami.

♥ ♥ ♥
ks. Krzysztof Grzywocz, Monika i Marcin Gajda, Otwarci na miłość, Wydawnictwo 2RYBY.PL Wrocław 2021.
 
 

Komentarze