Niewinna i bestia, czyli „Holenderska dziewczyna” Marente de Moor

książka „Holenderska dziewczyna” Marente de Moor

„Holenderska dziewczyna” Marente de Moor to trzecia powieść, którą wydawnictwo Relacja wypuszcza spod swoich skrzydeł. I znów dostajemy prozę nieoczywistą i wymykającą się schematom. Historia młodej florecistki wciąga i fascynuje, a wszechobecne napięcie sprawia, że od lektury nie sposób się oderwać.


Akcja powieści rozgrywa się w Niemczech na trzy lata przed wybuchem II wojny światowej. Młodziutka Jana zostaje wysłana przez ojca do swojego dawnego przyjaciela i towarzysza broni Egona von Böttichera, żeby pod jego okiem trenować szermierkę. Jana jest panienką z dobrego domu. Grzeczna i dygająca wtedy kiedy trzeba, marzy przede wszystkim o sile amazonki i wielkiej karierze sportowej. Nie w głowie jej drobne miłostki i sprawy angażujące jej naiwne koleżanki. Jednak nawet mocny charakter dziewczyny musi się ugiąć w zderzeniu z bezkompromisową osobowością arystokratycznego trenera. Egon von Bötticher to człowiek zdziwaczały, rozgoryczony i udręczony wojenną przeszłością. Zimny, szorstki i wymagający. Skrywający tajemnicę, w którą zamieszany jest ojciec Jany, a którą dziewczyna postanawia odkryć. I choć nie trudno domyślić się w jakim kierunku rozwinie się relacja młodej dziewczyny i von Böttichera, to sposób prowadzenia narracji rekompensuje wszystkie niedociągnięcia fabularne.

Marente de Moor posługuje się przepięknym, literackim językiem. Czytanie układanych przez nią zdań to prawdziwa przyjemność. Czas schyłku u progu wojny, kiedy świat nie do końca otrząsnął się jeszcze po poprzedniej tragedii okazuje się świetnym tłem dla opowieści o ostatecznym pożganiu z niewinnością młodej dziewczyny. I choć wielka historia jest tuż obok, to holenderskiej pisarce udało się stworzyć kameralną, trochę jakby teatralną atmosferę. Posiadłość von Böttichera jest jak scena, na której rozgrywają się wszystkie wydarzenia. Scenografia jest ograniczona do minimum, ale dzięki temu dramaty bohaterów są jeszcze lepiej widoczne.

Powolna i spokojna narracja nie ma w sobie nic z sielanki, bo przez cały czas, właściwie od samego początku, czytelnikowi towarzyszy ciągłe napięcie, jakby za chwile miało wydarzyć się coś złego. I nie chodzi nawet o niepokoje targające Europą i świadomość odbiorcy, że jeszcze chwila, a ulice spłyną krwią niewinnych. Strach o dziewczynę jest silniejszy, nawet jeśli trudno go logicznie uzasadnić. Klaustrofobiczna atmosfera hipnotyzuje, wciąga bez reszty i nie pozwala na chwilę oddechu. I choć mroczny klimat jest atutem tej powieści, to jednak nieustanne poczucie niepokoju i zagrożenia w końcu zaczyna nużyć. Napięcie powinno być dawkowane, albo chociaż podnosić się i opadać, a tutaj czytelnik przez cały czas postawiony jest w stan gotowości. Brakuje tez punktu kulminacyjnego, czegoś, co pozwoliłoby odetchnąć z ulgą lub roztrzaskać na kawałki emocje odbiorcy. To wcale nie znaczy, że „Holenderska dziewczyna” jest złą książką. Wręcz przeciwnie – to literatura z wyższej półki, wymagająca i absorbująca. Dlatego żal mi, że autorka nie wykorzystała w pełni potencjału tkwiącego w tej powieści. Nie zmienia to faktu, że warto sięgnąć po dzieło Marente de Moor i osobiście odkryć sekrety kryjące się w domu Egona von Böttichera.


♥ ♥ ♥
Marente de Moor, Holenderska dziewczyna (tyt. oryg. De Nederlandse maagd), tłum. Ryszard Turczyn, wyd. Relacja, Warszawa 2020.

książka „Holenderska dziewczyna” Marente de Moor

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram