Komiksowe średniaki, czyli trzy tytuły do czytania w chwilach znudzenia

Wydawnictwo Non Stop Comics ma w swojej ofercie mnóstwo świetnych tytułów i rewelacyjnych serii, a także kilka średniaków, które można przeczytać w wolnych chwilach. Takie komiksowe guilty pleasure, które cieszy, ale niewiele wnosi do czytelniczego życia. Dziś będzie właśnie o nich.


„Giants” braci Valderrama to komiks, który sprawdzi się doskonale jako pierwsza tego typu lektura dla nastolatków, którzy nigdy wcześniej nie czytali powieści graficznych. Nieskomplikowane postapo z sympatycznymi, choć schematycznymi bohaterami przekona małolaty, że komiksy są fajne i warto po nie sięgać. Lektura delikatnie pachnie nostalgią, więc starzy wyjadacze również powinni być usatysfakcjonowani.

Rzecz się dzieje w przyszłości, a jakże. Ludzie kryją się pod ziemią i przez cały czas walczą o przetrwanie oraz dominację nad rządzącymi powierzchnią gigantycznymi bestiami. Wśród niedobitków hasają sobie wesoło dwaj przyjaciele - Gogi i Zedo, którzy marzą o dołączeniu do gangu Krwawych Wilków. Sprawa nie jest prosta, bo młodzieńcy muszą zdobyć czarny bursztyn. Nie trudno się domyślić, że misja okaże się próbą charakterów oraz sprawdzianem dla ich przyjaźni. 
 
Komiks braci Valderrama inspirowany jest japońskimi „monster movies” i faktycznie duch „Godzilli” przez cały czas unosi się w powietrzu. Mangowa stylistyka również pasuje tutaj świetnie i w połączeniu z dynamicznym scenariuszem tworzy przyjemną całość. Co prawa nie jest to rozrywka wysokich lotów, na próżno szukać w „Giants” oryginalnych rozwiązań i zaskakujących zwrotów akcji. A jednak całość wchodzi łatwo i pozostawia po sobie pozytywne odczucie. Polecam jako sympatyczne i urokliwe czytadło do popołudniowej kawy.

♥ ♥ ♥
Carlos Valderrama, Miguel Valderrama, Giants, tłum. Grzegorz Drojewski, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018.

Jeśli czytaliście choć jedno dzieło Kirkmana, to tak jakbyście czytali je wszystkie. Trochę przesadzam, ale facet potrafi tworzyć tak charakterystyczne rzeczy, że nawet bez nazwiska na okładce wielbiciele jego wyobraźni natychmiast zorientują się kto jest autorem. Tak samo jest z „Pieśnią Otchłani”. Niepodrabiany styl Kirkmana jest pierwszym, co rzuca się w oczy.

Świat po apokalipsie (motyw, który twórcom wszelakim nigdy się nie nudzi). Dziesięć lat wcześniej centrum Filadelfii zniknęło z powierzchni ziemi. Miasto przeniosło się do innego wymiaru, a na jego miejsce wskoczył obcy i niebezpieczny fragment innej rzeczywistości, który nazwano Oblivion. Niby wszystko wróciło do normy, ale ludzie wciąż pamiętają o tragicznej przeszłości i prowadzą misje badawcze między dwoma wymiarami. Gdzieś między tym wszystkim żyje Nathan Cole, który nie spocznie, dopóki nie odkryje wszystkich sekretów Otchłani i nie uratuje tych, których kocha.

Fabuła „Oblivion Song” jest całkiem niezła i dopracowana w szczegółach. Kirkman ma świetny warsztat i wie co robi, dlatego przez cały czas panuje nad opowieścią i wprawnie steruje emocjami czytelnika. Wszystko to sprawia, że komiks czyta się lekko i przyjemnie, choć bez większych zachwytów. Kreskówkowe ilustracje Lorenzo De Felici są ładne i przejrzyste, a ich dynamika współgra z tempem akcji. I niby wszystko jest na swoim miejscu, a jednak w komiksie Kirkmana brakuje jakiegoś nerwu, który poruszyłby wyobraźnię czytelnika. Tym samym „Pieśni Otchłani” to poprawne czytadło, które sprawia chwilową frajdę w trakcie lektury, ale nie zapada na dłużej w pamięci.

♥ ♥ ♥
Robert Kirkman, il. Lorenzo De Felici, Oblivion Song. Pieśń Otchłani, tłum. Grzegorz Drojewski, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018.


Na tle wspomnianych wcześniej komiksów trochę lepiej wypada tom „Head Lopper #1 Wyspa albo Plaga Bestii”. Na pierwszy plan wysuwa się humor, który trochę kojarzy mi się z wyczynami Sapkowskiego. Co prawda dekapitator Norgal nie ma uroku i dramaturgii Geralta z Rivii, ale odcięta głowa Agathy Błętkitnej Wiedźmy żywcem pasuje mi do świata „Wiedźmina”.

Nasz wielki jak niedźwiedź Norgal przybywa na wyspę Barra, by na zlecenie duchownych rozprawić się z wężem morskim, od lat uprzykrzającym życie miejscowej ludności. Misja szybko zostaje zrealizowana przez wojownika. I tu powstaje problem, bo duchowni zaczynają migać się od zapłaty. W końcu sami są biedni itd. Jednak Norgal ma w nosie takie tłumaczenia i bez obciachu bierze swoje. Ale opat jest cwany i nie ma zamiaru patrzeć na tę grabież i niesprawiedliwość, dlatego pędzi na skargę do władcy. Sprawy nieco się komplikują, a im dalej, tym zabawniej. 
 
„Head Lopper” to kawał fajnie wymyślonego i opowiedzianego fantasy. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się głowa Agathy, która swoim zrzędzeniem i komentarzami napędza komizm sytuacyjny i świetnie podsumowuje aktualne wydarzenia. Całość pewnie nie byłaby tak urokliwa i rozbrajająca, gdyby nie charakterystyczna rockandrollowa kreska Mike’a Spicera. Sama fabuła intryguje i nie pozwala nawet na chwilę znudzenia. Album praktycznie czyta się sam i niesie ze sobą same pozytywne emocje. Mam tylko jeden problem z tym tytułem – zupełnie nie ciekawi mnie kontynuacja. Może kiedyś sięgnę, ale raczej zatrzymam się na „jedynce”.

♥ ♥ ♥

Andrew MacLean, Mike Spicer, Head Lopper #1 Wyspa albo Plaga Bestii (tyt. oryg. Head Lopper & The Island Or A Plague Of Beasts), tłum. Jacek Drewnowski, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz