Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu – Caryl Férey (recenzja)

„Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” to kolejny świetny komiks duetu Férey/Rouge, który zapewnia czytelnikowi kilka chwil niezobowiązującej rozrywki, a także po cichu szturcha go moralnie i każe zastanowić się nad kondycją współczesnego świata i człowieka.


Przyznam, że nie potrafiłam umiejscowić fabuły komiksu w czasie, bo kapsztadzkie realia przypominały mi te, o których lata temu opowiadał w swoich genialnych powieściach J.M. Coetzee. Wychodzi na to, że od tamtej pory w RPA nie zmieniło się zbyt wiele, bo aktualny obraz kraju wykreowany przez Caryla Férey’a jest tak samo smutny i brutalny jak ten, o którym opowiadał południowoafrykański noblista. Apartheid się skończył, ale nie rozwiązało to miejscowych problemów, a społeczne nastoje zaognia kwestia redystrybucji ziemi między czarnych i białych obywateli. Każda ze stron ma swoje racje, łączy ich jedynie poczucie krzywdy, bo w tej sytuacji wszyscy czują się oszukani. Nie może być już gorzej? Oczywiście, że może, bo w tej opowieści osobiste dramaty ludzi, podpalenia, morderstwa i porwania splatają się z wielką polityką i lokalnymi przesądami.

„Sangoma” to kawał pełnokrwistego sensacyjniaka z dobrze zarysowanym tłem społecznym i wątkami kryminalnymi. Scenariusz Férey’a przypomina mi kino akcji z lat 90., w którym są pościgi samochodowe, strzelaniny, piękne kobiety i oczywiście nieco szemrany gliniarz o łajdackim uroku i miękkim sercu, jako jedyny walczący o sprawiedliwość. Porucznik Shane Shepperd jest aż za bardzo hamerykański, co niekoniecznie działa na korzyść tej postaci, ale faktycznie nie można mu odmówić wdzięku i odwagi w poszukiwaniu prawdy. Samo śledztwo nie należy do łatwych, bo dwie sprawy - morderstwa na farmie i porwania niemowlaka w innym gospodarstwie - zdają się ze sobą powiązane, a lokalsi, którzy ewidentnie coś wiedzą, uparcie milczą.

   
  

 

Ciężar opowieści snutej przez Férey’a byłby nie do zniesienia, gdyby nie został zgrabnie zmieniony w awanturniczą i nieco pulpową rozrywkę, która przede wszystkim bawi odbiorcę szybkim tempem akcji, a błysk białych zębów porucznika Sheparda każe nam wierzyć, że sprawiedliwość musi w końcu zatriumfować. Kiedy? Tego do końca nie wiadomo, ale całość mocno wybrzmiewa w wyobraźni czytelnika. Kapitalne ilustracje Corentina Rouge doskonale współgrają ze scenariuszem Ferey'a, podkręcają nastrój i decydują o dynamice całego komiksu. Rouge specjalizuje się szczególnie w krajobrazach, dlatego te kadry, na których widać otoczenie, robią największe wrażenie. Nie inaczej było w przypadku „Islandera”, tam również „widoczki” zachwycały mnie najbardziej.

„Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” duetu Férey/Rouge bawi i cieszy oko, a przy tym nie jest jedynie pustą rozrywką. Caryl Férey nie moralizuje, ani nie narzuca czytelnikowi jedynej, słusznej wizji świata, a jedynie obnaża jego mechanizmy oraz pokazuje plugastwo pełzające po ziemi. Natomiast buzujące emocje i ewentualne refleksje zależą już od wrażliwości czytelnika. Dobry, godny polecenia album. Czytajcie!

♥♥♥
Caryl Férey, il. Corentin Rouge, Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu (tyt. oryg. Sangoma, les damnés de Cape Town), tłum. Paweł Łapiński, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2026.

Komentarze

„Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze”. - Andrzej Stasiuk-