Światełko w ciemności, czyli „Hana” Aleny Mornštajnovej

„Hana” czeskiej pisarki Aleny Mornštajnovej to lektura, o której trudno zapomnieć. Nawet na kilka tygodni po lekturze siedzi gdzieś z tyłu głowy, a sceny z powieści wracają do czytelnika w nieoczekiwanych momentach.


Marzec 1954 r. W jednym z czeskich miasteczek wybucha epidemia tyfusu, która zbiera śmiertelne żniwo. Dziewięcioletnia Mira cudem, a może tylko zrządzeniem losu, uchodzi z życiem. Osierocona dziewczynka trafia pod opiekę znajomych rodziny, gdzie po jakimś czasie odnajduje ją ciotka Hana. Siostra mamy zawsze była dziwna, pochmurna i w pewnym stopniu upiorna. Ubrana w za duże, czarne ciuchy, z czerstwym chlebem pochowanym po kieszeniach. Martwa za życia. Jedyna krewna, której nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby opieki nad dzieckiem. A jednak kobieta i dziewczynka na nowo układają swoją codzienność. Lata lecą, Mira dorasta, zmienia się w młodą kobietę, zakochuje się, a jej ciotka trwa gdzieś obok. Cicha i niewidzialna. I kiedy wydaje się, że ta historia niczym nas nie zaskoczy, Mornštajnová zatrzymuje czas. Wraca ze swoją opowieścią do lat trzydziestych, do momentu kiedy szczęśliwa i zakochana Hana snuje wspaniałe plany na przyszłość i jeszcze nie wie, że na drodze do realizacji marzeń stanie jej Wielka Historia XX wieku.

Śmierć podąża śladem Hany i Miry, a okrutny los kpi z nich wielokrotnie, ale Alena Mornštajnová nie epatuje przemocą i brutalnymi obrazami. Jest subtelna w opisach i pozwala czytelnikowi mierzyć cierpienie bohaterek własną miarą. Co nie znaczy, że w powieści jest tylko straszno i smutno, bo piękne i wzniosłe momenty też się zdarzają. Mornštajnová powoli odsłania karty. Pokazuje czytelnikowi miasteczko, splata losy bohaterów, tworzy powiązania i kreśli tło swojej opowieści. Nie ma tu ani jednego zbędnego zdania, wszystko jest doskonale przemyślane i świetnie do siebie pasuje. Od zwykłego spotkania na ulicy, po ciastka kupione na rodzinną uroczystość. Każdy detal ma znaczenie i w jakiś sposób decyduje o życiu Hany i jej rodziny. To trochę tak, jakby kobieta nie miała żadnego wpływu na swój los, jakby wisiało nad nią fatum, które popycha bohaterkę w jednym kierunku i musi prowadzić do nieszczęścia. Historia Hany byłaby nie do zniesienie, gdyby nie Mira. Pogodna i rozszczebiotana dziewczynka, po osobistej tragedii uczy się funkcjonować obok kostycznej i trochę przerażającej ciotki, nie wiedząc o tym, że zupełnie nieświadomie staje się dla Hany nadzieją na przyszłość i jedyną szansą na odkupienie.

„Hana” nie jest wstrząsająca, ani nawet zaskakująca. Przynajmniej dla kogoś, kto jest oczytany w literaturze okołowojennej. Nie zmienia to faktu, że powieść Aleny Mornštajnovej wciąga, hipnotyzuje i mocno angażuje uczucia czytelnika. Pisarka w przejmujący sposób pokazuje, że nawet w największej ciemności można dojrzeć jasny płomyk nadziei, a złamane serce i złamane życie może uleczyć tylko ciepło płynące z obecności drugiego człowieka. Bardzo dobra, bardzo smutna i do bólu życiowa proza.


♥♥♥
Alena Mornštajnová, Hana, tłum. Tomasz Grabiński, wyd. Amaltea, Wrocław 2019. 
 
 

Komentarze


Photobucket        

Mój Instagram