Piękna i bestia, czyli „Monstressa” Marjorie M. Liu i Sany Takedy

„Monstressa” wydana przez Non Stop Comics to najpiękniejszy komiks jaki w życiu widziałam. Fenomenalne ilustracje Sany Takedy zapierają dech w piersi, natomiast jeśli chodzi o scenariusz Marjorie M. Liu to sprawa jest bardziej skomplikowana.


Pod względem fabularnym pierwszy tom - „Przebudzenie”, to jeden wielki chaos. Marjorie M. Liu stworzyła całkiem interesujący świat, ale popełniła jeden błąd – w woluminie rozpoczynającym serię postanowiła wyjaśnić wszystkie mechanizmy rządzące komiksową rzeczywistością. Do tego dochodzi rys historyczno-polityczny i mnóstwo wałęsających się wokół postaci (a każda z nich ma swoją własną historię). I choć początkowo czytelnik stara się nadążyć za tokiem myślenia autorki, to w końcu zmęczony odpuszcza. Tym sposobem po lekturze pierwszej części niewiele zostaje w pamięci, a odbiorca do samego końca nie wie o co tak właściwie chodzi. Przed totalną katastrofą „Monstressę” ratuje kot cytujący poetów i genialne ilustracje Sany Takedy.

Natomiast dwójka, która ukazała się pod tytułem „Krew”, to już zupełnie inna bajka. Marjorie odpuszcza sobie nadmiar wyjaśnień i po prostu leci z akcją. Maika Półwilk ucieka razem z towarzyszącą jej lisiczką. Wróg rośnie w siłę, ale to nie oznacza, że dziewczyna będzie chować głowę w piasek. Bohaterka porusza dawne znajomości, aby dostać się na tajemniczą Wyspę Kości, bo ma nadzieję, że tam znajdzie odpowiedzi na nurtujące ją pytania i dowie się czegoś więcej o swojej matce. A to dopiero początek, bo zamieszkujący w niej demon coraz częściej dochodzi do głosu…



Fabuła drugiego tomu „Monstressy” jest dynamiczna i obfituje w intrygujące zwroty akcji. Świat przedstawiony w komiksie również zaczyna nabierać sensu, a mnożące się tajemnice podkręcają klimat. Sama Maika przez cały czas pozostaje mroczna, gniewna i krnąbrna, ale dziwnym sposobem daje się lubić. Czytelnik podświadomie trzyma stronę dziewczyny, choć cały świat zdaje się być przeciwko niej. Poza lisiczką oczywiście, która jest do bólu lojalna. Coś mi się wydaje, że mała odegra jeszcze znaczącą rolę w komisie. Co prawda nadal nie wiem co myśleć o demonie, który wyłazi z Maiki (ten motyw nie przestaje mi się kojarzyć z „Hellsingiem”), ale mam nadzieję, że Liu wybrnie z tego z klasą, a ja będę jeszcze zbierać szczękę z podłogi. W każdym razie „Krew” wypada o niebo lepiej od „Przebudzenia” i daje nadzieję na to, że z kolejnymi częściami będzie tylko lepiej. Fabularnie oczywiście, bo do szaty graficznej nie można się przyczepić.

Na misternie skonstruowanych ilustracjach nie ma ani jednej zbędnej czy źle postawionej kreski. Ludzie, ich gest i mimika, zwierzęta (te uczłowieczone również), przedmioty, stroje, dodatki i tło zdumiewają przepychem i dbałością o najmniejszy detal. Wszystko jest tak perfekcyjne, że aż dech zapiera. Na każdy poszczególny kadr można patrzeć godzinami i przecierać oczy ze zdumienia. Dzieło Sany Takedy to piękno w najczystszej postaci. Chętnie zobaczyłabym na ścianie serię plakatów z jej niesamowitymi ilustracjami.



W ogólnym rozrachunku „Monstressa” to nieźle wymyślona i fenomenalnie zilustrowana seria. Dzięki staraniom Sany Takedy można przymknąć oko na niedociągnięcia w scenariuszu Marjorie M. Liu, bo samo przeglądanie komiksu niesamowicie cieszy. I choć „Przebudzenie” rozczarowuje pod względem fabularnym (można zacząć czytać od dwójki bez wielkich strat moralnych), to „Krew” trzyma w napięciu do samego końca i powala wierzyć, że historia Maiki Półwilk jeszcze niejednym nas zaskoczy. Przyznam, że już nie mogę doczekać się kontynuacji.

♥ ♥ ♥
Marjorie M. Liu, Sana Takeda, Monstressa tom 1: Przebudzenie, tłum. Paulina Braiter-Ziemkiewicz, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2017.
Marjorie M. Liu, Sana Takeda, Monstressa tom 2: Krew, tłum. Paulina Braiter-Ziemkiewicz, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2018.

1 komentarz: