Komiksowy rollercoaster, czyli „Tank Girl” duetu Hewlett/Martin


Poczułam się staro, boleśnie łupnęło mi w krzyżach, a na głowie błysnęło bielą kila siwych włosów. A wszystko za sprawą szalonej „Tank Girl”, której przygody okazały się dla mnie za ciężkie do przetrawienia.


Komiks Alana Martina i Jamie Hewletta jest już kultowy, choć z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że największymi fanami „Tank Girl” są jej twórcy. To, że panowie doskonale bawili się przy wymyślaniu kolejnych przygód punkowej czołgistki widać od samego początku, a fakt, że odnieśli sukces zdaje się być jedynie efektem ubocznym. Ale uwaga, zanim skusicie się na brytyjski komiks undergroundowy i wpakujecie się do świata „Tank Girl” pamiętajcie, że robicie to na własną odpowiedzialność. 
 
Akcja serii rozgrywa się w Australii przyszłości, w której kangury, obdarzone ludzkimi cechami, specjalizują się w molestowaniu farmerów. Brzmi bez sensu? A to dopiero początek, bo oto do akcji wkracza tytułowa Tank Girl, czyli pieprznięta dziewczyna w kusych ciuszkach, uzbrojona po zęby, jeżdżąca czołgiem, walcząca i sypiająca ze wspomnianymi wcześniej kangurami i robiąca rozpierduchę gdzie tylko się pojawi. Sama fabuła to prawdziwy rollercoaster szalonych pomysłów, popkulturowych motywów i nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Tym sposobem lektura „Tank Girl” wciska żołądek w kręgosłup i sprawia, że czytelnik jest w szoku jeszcze długi czas po lekturze. Zapewne najodważniejsi z radością pobiegną na tą dziwaczną karuzelę jeszcze raz (i kolejny), a inni stwierdzą, że taka zabawa to jednak nie dla nich. 
 
 
Graficznie czołgistka wypada lepiej niż fabularnie. Obrazkowe szaleństwo hipnotyzuje i ma w sobie coś z obrzydliwego magnetyzmu. Niby patrzę i mi się nie podoba, ale oderwać się nie sposób. Kreska Jamiego Hewletta jest brudna i wyrazista. Artysta nie boi się odważnych kadrów ocierających się o erotykę i przemoc. To wszystko oczywiście współgra świetnie z dziwaczną i odważną fabułą, ale ma w sobie więcej humoru i swoistego uroku niż scenariusz Alana Martina. Wszystkie trzy tomy zostały wydane na najwyższym poziomie i z dbałością o szczegóły, co już jest znakiem rozpoznawczym Non Stop Comisc. Liczne dodatki do każdego numeru z pewnością sprawią ogromną frajdę wszystkim wielbicielom serii. Szczególnie ten z nagą bohaterką do wycięcia i ciuszkami, w które można ją ubrać.

„Tank Girl” to komiks dla tych, którzy bez względu na pesel czują w sobie młodzieńczy bunt, chcą się oderwać od szarej rzeczywistości i znów poczuć gniewny zew młodości. Opowieść o szurniętej czołgistce za bardzo mnie przytłoczyła, a w kilku miejscach nawet zniesmaczyła. Poczucia humoru autorów też nie kupuję, ale mam świadomość, że komiks duetu Hewlett/Martin trafił w moje ręce o 15 lat za późno. Gdybym przeczytała go w czasach kiedy nosiłam czarne koszulki ulubionych zespołów, całymi dniami słuchałam Nirvany i szukałam własnej ścieżki, to pewnie byłabym zgorszona, ale i zachwycana tak oryginalną i bezkompromisową bohaterką. Niestety dzisiaj jestem już za stara na takie dziwactwa. I choć między mną, a Tank Girl nie ma żadnej chemii, to nie uważam, żeby to był zły komiks. Po prostu „Tank Girl” to specyficzna lektura przeznaczona dla wąskiej grupy odbiorców, do której już nie należę.

♥ ♥ ♥
Jamie Hewlett, Alan Martin, Tank Girl Tom 1-3, tłum. Marceli Szpak, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2017-2018. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz