Samotność w wielkim świecie - „Rosjanin to ten, kto kocha brzozy”, Olga Grjasnowa


 

Na co dzień nie zadajemy sobie pytania o tożsamość. Kim jestem? Przecież to pytanie dziecka, które chce znać swoje miejsce w świecie i wiedzieć dlaczego się na nim pojawiło. O ileż ważniejsze jest pytanie o to jaki jestem. Ale Maszę z powieści „Rosjanin to ten, kto kocha brzozy” dręczy to pierwsze pytanie. Prawidłowa odpowiedź pozwoliłaby jej zakwalifikować się do konkretnej narodowości, grupy etnicznej czy społecznej. Określić siebie jakimś konkretem, a nie przez cały czas stać w rozkroku pomiędzy różnymi światami.


Olga Grjasnowa, młoda, piękna i piekielnie utalentowana pisarka, swoją biografią mogłaby obdzielić przynajmniej kilka dziewczyn w jej wieku. Urodziła się w 1984 r. w Baku. Dorastała na Kaukazie i w Niemczech. Pomieszkiwała w Polsce, Rosji i Izraelu. Wszędzie zbierała cenne doświadczenia. Tak intrygująca kobieta musiała napisać powieść niezwykłą. Niezwykłą w swojej prostocie. Bolesną, zajmującą i hipnotyzującą. I w pewnym stopniu odnoszącą się do biografii autorki. Nie wiem ile jest Olgi w Maszy, i które doświadczenia pisarka podarowała swojej bohaterce. Chyba nawet nie chcę wiedzieć.

Masza należy do drugiego pokolenia ocalonych z Holocaustu. Jej babcia przeżyła Shoah. Dziewczyna mieszka w Niemczech jako imigrantka. Wraz z rodziną uciekła z ogarniętego wojną Azerbejdżanu. Jej dziecięce oczy widziały najgorsze, a śmierć leżąca na ulicy zabarwiła na czerwono białe buciki. Ale Masza wyrosła na silną i charakterną kobietę. A przynajmniej za taką się uważa. Bohaterka mówi płynnie w pięciu językach i planuje poważna karierę w ONZ. Niespodziewana śmierć ukochanego mężczyzny zmienia wszystko. Zrozpaczona dziewczyna załatwia sobie kiepską posadę w Izraelu, żeby tam przeżyć swoją żałobę. Ucieka od wszystkich i od wszystkiego, ale smutek i cierpienie podążają za nią.

„Rosjanin to ten, kto kocha brzozy” to gorzka opowieść o szukaniu swojego miejsca w świecie. O poczuciu samotności i wyobcowania. O życiu na walizkach. Bez własnego kraju, bez korzeni, bez przeszłości, a przez to bez łatki, która wydaje się być niezbędna. Masza, Cem i Sami błąkają się po omacku. Wszędzie się obcy. Nigdzie nie mogą w pełni rozwinąć skrzydeł, cieszyć się młodością, odnosić kolejne sukcesy. Bohaterowie żyją, kochają i buntują się po swojemu. Krzywdzą siebie samych i ludzi wokół. To same tragiczne postaci, które na swych młodych barkach niosą zbyt duży ciężar.

Historia Maszy jest przeraźliwie smutna. Wydaje się, że tylko Elisza nie rezygnował z prób zrozumienia dziewczyny, choć ona odpychała go ze wszystkich sił. Ich związek był intensywny i burzliwy. Dopiero śmierć chłopaka uświadomiła bohaterce co tak naprawdę straciła. Kruchy świat Maszy rozpadł się na kawałki, a ona zareagowała instynktownie i uciekła. Jednak przeżywanie żałoby w samotności jest jeszcze gorsze niż uporczywa obecność zamartwiających się bliskich. Ale o tym Masza musi przekonać się sama, doświadczyć kolejnego bólu i rozczarowania. Przełknąć kolejną gorzką pigułkę i znów uświadomić sobie, że świat nie jest taki, jak być powinien.

Powieść Olgi Grjasnowej sprawia czytelnikowi ból i uświadamia mu, że we współczesnym świecie bez granic, pełnym nieograniczonych możliwości i otwartym na każdego człowieka, najbardziej prawdopodobna jest samotność. Po lekturze poczułam na nowo więź z ziemną moich przodków, z małym kawałkiem ojczyzny, od którego często chce się uciec, a który jest kotwicą dającą poczucie bezpieczeństwa. Ale co z tymi wszystkimi ludźmi, których wojenna zawierucha rozrzuciła po świecie? Którzy z różnych powodów wybrali emigrację? Z tymi, którzy nigdzie nie są u siebie, bo w podstawach nowoczesnego świata wciąż tkwią stereotypy? Czego im potrzeba, żeby wreszcie poczuć się jak w domu? Zdaje się, że jedynie bliskości drugiego człowieka. Na koniec wypada powtórzyć za mistrzem Gombrowiczem: „a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka”.

♥ ♥ ♥
Olga Grjasnowa, Rosjanin to ten, kto kocha brzozy (tyt. oryg. Der Russe ist einer, der Birken liebt), tłum. Elżbieta Kalinowska-Styczeń, wyd. Czarne, Wołowiec 2015.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz