Trudno z miłości się podnieść – „We troje”, Hanna Dikta


Marek Grechuta śpiewał, że „trudno z miłości się podnieść, a jeszcze ciężej od złych nowin”. Mniej więcej o tym jest powieść obyczajowa „We troje” autorstwa polskiej pisarki Hanny Dikty.



Wiele kobiet mogłoby zazdrościć Agacie. Bohaterka ma wszystko o czym w życiu marzyła. Prowadzi urokliwy pensjonat w Białogórze, nie może narzekać na nudę i brak zajęć, a starszy o dwadzieścia lat mąż wielbi ją, rozpieszcza i nosi na rękach. Spokój Agaty niszczy telefon od siostry. Okazuje się, że mieszkająca na drugim końcu Polski Joanna choruje na raka piersi. Agata niemal natychmiast wsiada do samochodu i rusza na Śląsk, żeby pomóc siostrze i skonfrontować się z przeszłością, od której konsekwentni od lat ucieka.

Po obyczajówki sięgam okazjonalnie. Nie lubię przesłodzonych i mdlących historyjek dla dużych dziewczynek. Powieść Hanny Dikty nie ma nic wspólnego z naiwnymi opowiastkami z happy endem i właśnie w tym tkwi jej siła. Agata i Joanna to prawdziwe kobiety z krwi i kości. Zupełnie różne, a jednak wykreowane w bardzo realistyczny sposób. Matka bohaterek umarła na raka piersi. Świadkami długiej i ciężkiej choroby był nie tylko mąż, ale i dwie nastoletnie córki. Kiedy więc okazuje się, że Joanna również zachorowała trudno odpędzić od siebie najczarniejsze scenariusze. Rozpoczyna się walka, nie tylko z chorobą, ale i z Joanną, która nie chce się poddać tradycyjnemu leczeniu, bo tym samym straci szansę na zajście w ciążę, a dziecko jest jej największym marzeniem.

Postawa Joanny wzbudza kontrowersje, ale po części rozumiem, że pragnienie dziecka może być silniejsze niż cokolwiek innego, nawet strach o własne życie. Trudno jednak nie zgadzać się z argumentami Agaty, która próbuje przekonać siostrę do leczenie. W końcu nawet jeśli Joannie uda się zajść w ciążę i urodzić dziecko, to przede wszystkim musi być zdrowa, żeby je wychować, a nie osierocić zaraz po porodzie. Tu jednak nie kończą się moralne dylematy bohaterów. Agata i Piotr (mąż Joanny) podzielają to samo stanowisko, martwią się o chorą i robią co tylko w ich mocy, żeby otoczyć ją opieką i przekonać do leczenia. A przy tym coraz bardziej zbliżają się do siebie…

Wydawałoby się, że w temacie trójkąta miłosnego nie można wymyślić już nic nowego. A jednak autorce udało się mnie zaintrygować i zaskoczyć zwrotami akcji i rozwojem fabuły. Bo w tej opowieści, bardzo dobrej opowieści, nic nie jest proste ani oczywiste. Mnóstwo tu smutku, niewypowiedzianych nigdy żali i pretensji. Emocje, najczęściej te szare, zimne i trudne, sączą się wąską stróżką i powoli wnikają do wnętrza czytelnika, mrożą serce i zarażają smutkiem. Po takiej lekturze zawsze mam ochotę mocno przytulić męża, chłonąć jego ciepło i w myślach dziękować Bogu, że się odnaleźliśmy.

Dla mnie najsmutniejsze jest to, że Agata tak łatwo zmienia miłość do męża w zauroczenie do szwagra. Bo według mnie to jej wielkie zakochanie jest jedynie fascynacją mężczyzną tak innym niż jej własny. Dylematy związane ze szczęściem nawet nie powinny zaprzątać jej głowy, a rady nowej przyjaciółki budzić zwykły śmiech. Osobiście miałabym ochotę powiedzieć im wprost: „Poprzewracało się wam w dupach drogie baby”. Ach, ależ mnie ta Agata i jej głupie decyzje złościły (a jej przyjaciółka jeszcze bardziej). A jednak wciągnęłam się maksymalnie w lekturę i przeczytałam „We troje” od razu w całości, z niekłamanym zainteresowaniem i wypiekami na twarzy. Mam cichą nadzieję, że powstanie druga część, bo otwarte zakończenie (szokujące zakończenie!) aż prosi się o kontynuację.

♥ ♥ ♥
Hanna Dikta, We troje, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2016.

1 komentarz:

  1. Pierwszy raz spotykam się z nazwiskiem autorki, wczesniej o niej nie słyszałam.

    OdpowiedzUsuń