Światłoczułe odbitki minionego, czyli „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” Andrzeja Stasiuka

deski, goździki, filiżanka kawy

Od kilku dni każdego ranka budzi mnie smutek siedzący pod powiekami. Czuję kryzys egzystencjalny. Weltschmerz. A może to tylko ten marzec? W takich chwilach mam ochotę poczytać Stasiuka, bo tylko on zrozumie…

Literatura i muzyka rockowa mnie wykoleiły.
Książka „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” składa się z felietonów Andrzeja Stasiuka, które wcześniej publikowane były w różnych miejscach. Znałam te z cyku „Z drogi”, które czytałam na www.dwutygodnik.com. Niby nic nowego, niby zbitka różnych teksów, a jednak wszystkie pasują do siebie doskonale. Takiego Stasiuka lubię najbardziej. Nostalgicznego, po męsku wrażliwego, zachwyconego światem. I te jego wspomnienia z dzieciństwa na wsi są tak podobne do moich, choć przecież to inne czasy, inna wieś i wspomnienia też zupełnie inne. Ale nadal nie mogę się pozbyć wrażenia, że pamiętamy te same detale, że żal nam tego świata, który przeminął i tych ludzi, którzy odeszli.
Nie potrafię tu wrócić. Potrafię tylko przyjeżdżać i patrzeć, jak pleśń wchodzi w drzewo, a rdza w gwoździe. Okolica zamiera dom po domu i to jest tak, jakby zmniejszało się moje życie. Bo co się z nami stanie, gdy przepadną wszystkie miejsca, w których przebywaliśmy? Będziemy musieli je wymyśleć od nowa i nasze dawne życie też zmieni się w wymysł, w igraszkę pamięci, w nic więcej.
Wszystkie teksty Stasiuka przypominają odbitki zdjęć, na których utrwalone zostały zaledwie momenty. W swoich felietonach pisarz skupia się najczęściej na jednym wycinku rzeczywistości i z zadziwiającą precyzją odtwarza każdy szczegół obrazka. Wszystkie fotografie są wyostrzone, żywe, namacalne. Emocje autora natychmiast dotykają czytelnika, a na dnie serca tworzy się osad z czułości i melancholii, choć nie brakuje na tych obrazkach brudu, szorstkości, czasem nawet brutalności. Jak to się dzieje, że Stasiuk potrafi nazwać to, co nienazwane? W jego tekstach nie ma w nich nic skomplikowanego, a jednak przez cały czas miałam wrażenie, że jemu jedynemu, choć na momencik, udaje się uchwycić sens istnienia i ubrać w słowa życiową mądrość.
Czasami zjawia się samotny kowalik. Szarobłękitny z żółtawym brzuszkiem, kolorystycznie daleki krewny bogatek. Najpiękniejszy jest jego makijaż: egipska kreska ciągnąca się od oka aż gdzieś na ramię, gdzieś pod skrzydło. Długi dziób stanowi wytworne przedłużenie tej linii. Kowalik wybiera jednak karmnik, do którego wsypuję czasami parę garści słonecznika.
Jestem przekonana, że tom „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” będę otwierać na chybił trafił i czytać wylosowane teksty po raz tysięczny, dokładnie tak jak w przypadku „Grochowa”. A ten o rysiu z premedytacją przeczytam dwa tysiące razy! Z jednej strony chciałabym Wam powiedzieć, że każde słowo, które wychodzi spod stasiukowego pióra warte jest przeczytania, ale z drugiej strony wolałabym, żebyście jednak nie czytali tego tomiku. Bo te teksty zawładnęły moim sercem, a tak się składa, że jestem zaborcza i nie lubię się dzielić ukochanymi książkami.
Dlatego piszę o życiu, czujnie i z szacunkiem zerkając w stronę śmierci. Gdyby nie ona, milczałbym i zajął się pomnażaniem rzeczy i zdarzeń zamiast pomnażaniem opowieści. Albo zgoła niczym, co wydaje się dobrym zajęciem w obliczu wieczności. Jednak opowiadam. Robię światłoczułe odbitki minionego. Nawet gdy opisuję teraźniejsze, przesycone jest ono wszystkim, co było, co się wydarzyło, co istniało. Bo dzień dzisiejszy jest sumą dni minionych, ponieważ to nasz dzień i patrzymy na niego oczami, w których odbijały się dni minione; odbijały i pozostały.

♥ ♥ ♥
Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz