Na wojnie w papilotach – „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, Swietłana Aleksijewicz


Literacki Nobel dla Swietłany Aleksijewicz to jeden z najbardziej zasłużonych Nobli w historii. A i ukłon Akademii w kierunku literatury faktu cieszy podwójnie. Pamiętna radość, która wybuchła w Internecie po ogłoszeniu werdyktu przez Akademię Szwedzką świadczy tylko o tym, że Swietłana Aleksijewicz jest w Polsce czytana, doceniania i uwielbiana.


„Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy.”

Swietłana Aleksijewicz nie porusza błahych spraw, ale pisze tylko o rzeczach najważniejszych. Skupia się na ludziach i ich losach, a nie wielkiej polityce. To człowiek i jego osobiste przeżycia są najważniejsze. O tym, że wojna nie ma w sobie nic z kobiety wiedziałam od dawna. Temat poruszony przez białoruską pisarkę nie jest w Polsce nowy. Czytałam rożne wspomnienia kobiet zamieszanych w działania wojenne, słuchałam opowieści więźniarek obozu Auschwitz-Birkenau. Serce pękało mi wielokrotnie. Wiedziałam czego mogę się spodziewać po lekturze reportażu Aleksijewicz, ale na emocje towarzyszące TAKIEJ książce nie da się przygotować.

Wszystkie bohaterki Aleksijewicz wstąpiły do wojska dobrowolnie, z miłości. Wydawało im się, że wojna nie potrwa długo, że za chwilę wrócą do domu, do mam, za którymi tak tęsknią. Ale rzeczywistość szybko zweryfikowała ich romantyczne wyobrażenia. Płakały, kiedy obcinano im warkocze, a gdy włosy choć trochę odrosły, to nawijały je na prowizoryczne papiloty. Niektóre były tak smarkate, że pierwszą miesiączkę dostały na froncie, będąc już zasłużonymi żołnierkami. Szyły spódnice z byle czego, bo chciały być ładne i zadbane, chociaż wszędzie panował chaos i zniszczenie. W lesie zbierały kwiatki i słuchały śpiewu ptaków. Mimo całej nienawiści potrafiły okazać miłosierdzie wrogowi. A przy tym, wbrew męskim oczekiwaniom, potrafiły doskonale walczyć. Wracały do domu pokiereszowane zewnętrznie i wewnętrznie. Niektóre całkowicie posiwiały, a miały dopiero dwadzieścia lat. Ale nawet po wojnie ich koszmar się nie skończył. Po tym czego doświadczyły trudno było im żyć normalnie.

Swietłana Aleksijewicz jest stale obecna w tekście, ale oddaje głos swoim rozmówczyniom. Czasami na początku wtrąca drobne komentarze związane z pracą nad książką, z których można wyczuć, że zbieranie materiałów i rozmowy z bohaterkami były dla autorki wielkim przeżyciem. To, że odwiedzała swoje rozmówczynie z sercem na dłoni jest doskonale widoczne, bo gdyby nie to serce, to kobiety nie otworzyły by się przed reporterką tak bardzo. Właśnie uczucia są dla Aleksijewicz najważniejsze. Bo historii wojennych opowiedzianych przez mężczyzn powstało już całe mnóstwo. Opowieści o wielkich walkach i bohaterach. O nienawiści i wrogiej krwi. Ale w momencie kiedy reporterka zbierała materiały do swojej książki temat dziewcząt wojennych był zupełnie pomijany. No bo co baby mogą wiedzieć o wojnie? Pewnie będą płakać i opowiadać rożne dyrdymały. Pominą to, co z męskiej perspektywy jest najważniejsze. Dlatego Swietłana Aleksijewicz pozwoliła się swoim dziewczynom wygadać. Bez przerywania i poprawiania. Kiedy trzeba było złościła się i płakała razem z nimi. Bo wojna to nieludzki czas, bo wojna nie ma w sobie nic z kobiety. 
„Nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego - do miłości. Człowiek ma jedno, więc zawsze myślałam o tym, jak to serce ocalić.” 
I właśnie o tym jest ta wstrząsająca książka.

♥ ♥ ♥
Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (tyt. oryg. У войны не женское лицо), tłum. Jerzy Czech. Czarne, Wołowiec 2010.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz